Odsłona pierwsza:
Przedstawienie szkolne. Hasają kompletnie niezsynchronizowane krasnoludki w kolorowych czapeczkach i indianie w różnym wieku, w tle jakieś monidełko, ktoś jakby pogięty przez lumbago macha bambusowymi witkami. Brakuje tylko Hugh Granta śpiewającego "Killing me softly". W drugim akcie, poprzedzonym prezentacją na kurtynie pracy nagrodzonej w konkursie rysunkowym dla klas 3-7, na scenie oprócz krasnoludków, ciągle pląsających bez ładu i składu, pojawiają się pingwiny. Ok, istnieje uzasadnione podejrzenie, że były to niedźwiedzie, ale ja będę się upierała przy pingwinach. Potem pojawia się Zdzicho i rozgania towarzycho. W międzyczasie cichutko i niezauważenie udaje mi się zmrużyć oko. W czasie oklasków zaczynam podejrzewać, że krasnoludki mają problemy z układem kostnym, bo jakoś tak koślawo stoją. Kurtyna!
Odsłona druga:
Odsłona druga pozbawia mnie oddechu. Pięć osób kładzie w mroku na czerwonym dywanie na łopatki całe rzesze krasnoludków i pingwiny w niedźwiedziej skórze razem wzięte. Mniam!
W przerwie w toalecie podsłuchuję rozmowę:
- ... jestem dogłębnie poruszona tak fantastycznym połączeniem tego pogańskiego tańca ze zmysłową salsą... (tu następuje dogłębna analiza przedstawienia)
- A mi się trochę przysnęło (rozmówczyni przynajmniej jest szczera ;))
Odsłona trzecia:
Na scenie pojawia się 22 mężczyzn w kolorowych trykotach (policzyłam!).
Jak zwykle w takich sytuacjach zaczynam zastanawiać się, czy młodzieńcy tańczący w balecie sobie wypychają (a jeśli tak to czym?!).
I czy któryś się zbuntował, że w zielonym trykocie to on nie będzie tańczył, bo mu w zielonym nie do... twarzy, i że chce brązowy.
Dwudziestu kolorowych chłopców biega, podskakuje i wkręca żaróweczki. W drugim akcie pojawiają się dziewczęta. Myślami nadal jestem w plątaninie z odsłony drugiej. Też tak chcę, tymczasem po weekendowych rozrywkach moje kolano mowi "O nie, nie, nie, nie, nie!".
Dobrze, że już lato.



















