Tuesday, June 21, 2011

Ten ze świętem wiosny pierwszego dnia lata.

W ramach obcowania z kulturą i sztuką zafundowałam sobie  "Święto wiosny" w Teatrze Wielkim. "Święto wiosny" objawiło się trzech, nie będę ukrywać że zaskakujących, odsłonach:

Odsłona pierwsza:
Przedstawienie szkolne. Hasają kompletnie niezsynchronizowane krasnoludki w kolorowych czapeczkach i indianie w różnym wieku, w tle jakieś monidełko, ktoś jakby pogięty przez lumbago macha bambusowymi witkami. Brakuje tylko Hugh Granta śpiewającego "Killing me softly". W drugim akcie, poprzedzonym prezentacją na kurtynie pracy nagrodzonej w konkursie rysunkowym dla klas 3-7, na scenie oprócz krasnoludków, ciągle pląsających bez ładu i składu, pojawiają się pingwiny. Ok, istnieje uzasadnione podejrzenie, że były to niedźwiedzie, ale ja będę się upierała przy pingwinach. Potem pojawia się Zdzicho i rozgania towarzycho. W międzyczasie cichutko i niezauważenie udaje mi się zmrużyć oko. W czasie oklasków zaczynam podejrzewać, że krasnoludki mają problemy z układem kostnym, bo jakoś tak koślawo stoją. Kurtyna!

Odsłona druga:
Odsłona druga pozbawia mnie oddechu. Pięć osób kładzie w mroku na czerwonym dywanie na łopatki całe rzesze krasnoludków i pingwiny w niedźwiedziej skórze razem wzięte. Mniam!


W przerwie w toalecie podsłuchuję rozmowę:
- ... jestem dogłębnie poruszona tak fantastycznym połączeniem tego pogańskiego tańca ze zmysłową salsą... (tu następuje dogłębna analiza przedstawienia)
- A mi się trochę przysnęło (rozmówczyni przynajmniej jest szczera ;))

Odsłona trzecia:
Na scenie pojawia się 22 mężczyzn w kolorowych trykotach (policzyłam!).
Jak zwykle w takich sytuacjach zaczynam zastanawiać się, czy młodzieńcy tańczący w balecie sobie wypychają (a jeśli tak to czym?!).
I czy któryś się zbuntował, że w zielonym trykocie to on nie będzie tańczył, bo mu w zielonym nie do... twarzy, i że chce brązowy.
Dwudziestu kolorowych chłopców biega, podskakuje i wkręca żaróweczki. W drugim akcie pojawiają się dziewczęta. Myślami nadal jestem w plątaninie z odsłony drugiej. Też tak chcę, tymczasem po weekendowych rozrywkach moje kolano mowi "O nie, nie, nie, nie, nie!".

Dobrze, że już lato.

Friday, June 17, 2011

Ten bez reszty.

Jakoś mnie tak pochłonęła ta wiosna bez reszty.
Podlewanie kwiatków i leniwe sączenie niskoalkoholowych trunków zajmuje mi tyle czasu, że kompletnie nie jestem w stanie pozbierać myśli. I nijak nie pomaga tu fakt, że aktualnie pracuje 3 godziny dziennie. Rozważam zatrudnienie asystenta. Asystent musi się zaczynać od jakiegos metra osiemdziesiąt sześć, żeby mi ładnie do szpilek pasował. Musi się nosić z taką elegancką nonszalancją. Błyskotliwy i dowcipny musi być. Nie może obgryzać paznokci (ani ich malowac! Naprawde nie wiem skąd się biorą te manicurzystki malujące facetom paznokcie i wmawiające im, że broń boże, nic nie widać, bo ten lakier, proszę Pana jest BEZBARWNY). W sumie to mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ale nie oszukujmy się, że uda znaleźć się ideał ;)

Tymczasem był międzyczas, a w międzyczasie, między innymi odbyliśmy z KNK oraz jego potomstwem (w liczbie sztuk: 2) podróż do Centrum Dowodzenia Mniejszą Częścią Wszechświata, czyli do Brukseli. Bez rozczarowania stwierdzam, że nie serwują tam brukselki (nigdy, przenigdy nie przekonam się do tych małych śmierdzących kapustek). Serwują za to ilości kalorii nijak nie mieszczące się w jakichkolwiek dietach, więc odradzam podróż do tego dziwnego kraju państwu z planem żywieniowym uwzględniającym jakąkolwiek zamkniętą liczbę kalorii (chociaż nie zapominajmy, że kilogram obywatela z wyższym wykształceniem szczególnym dobrem narodu).

Ciepłe powitanie.
Centrum dowodzenia wszechswiatem.

W Brukseli odbyl sie maraton w ktorym  biegli Szkoci...
... baletnice...
... klauni...
... psy oraz KNK, który biegł tak szybko, że nie został ujęty na żadnym zdjęciu. Nie bieglam natomiast ja, poniewaz uwazam, ze technika na tyle poszla naprzod, ze mozna znalezc inne sposoby na przebycie 20 kilometrow. Nie mam tez zapedow samobojczych. 
20km można na przykład przebyć rowerem, w pojedynkę...
... lub parami.
Nasi tu byli.
Siusiający chłopiec...
... po konfrontacji z wycieczką z Polski nabrał (trochę) ogłady (o kwestiach doboru stroju porozmawiamy następnym razem)
Mit o przebywaniu na wczasach odchudzających obalają słodkości...
... i jeszcze trochę...
... i jeszcze tu...
.... i tu....
Całe szczęście, że zawartość cukru w cukrze jest niska ;)
Chociaż niektórzy ze wszystkich łakoci najbardziej lubią kebab (a jeszcze inni boczek ;))
Na koniec jeszcze tylko zestaw miłych dźwięków...
...w doborowym towarzystwie...

... o szerokich horyzontach muzycznych.