Friday, August 26, 2011

Ten z przemianą.

Powoli zamieniam się a Ala Bundiego - spędzam dnie na sofie oglądając sitcomy. Do pełnego wizerunku potrzebna mi tylko żona w tapirze. Jest do tego stopnia źle, że powoli zaczynam się orientować w tym, o co chodzi Na Wspólnej, mimo że wtedy z reguły ruszam się już z sofy wiedziona wyrzutem każącym zrobić mi coś pożytecznego. Mam nadzieję, że nie doczekam momentu, kiedy intryga zacznie mnie wciągać - nie chciałabym wstawać rano z poczuciem niepokoju, bo nie wiem co nowego u Ziębów (aaa! nie jest dobrze, znam już nazwisko rodziny bohaterów!)

Jak nic to wszystko przez ten kryzys egzystencjalny, który właśnie u siebie zdiagnozowałam - z robotą nie halo, z KNK jeszcze bardziej nie halo a waga*, po tym jak przez tydzień żywiłam się arbuzami, czyli czerwoną wodą (a zjadłam przydział przewidziany dla wielodzietnej rodziny na następne kilka lat) a przez następny tydzień prawie się nie żywiłam, standardowo pokazała mi faka.

Chyba pojadę na jakieś wakacje. Znowu. Wakacje dobrze mi robią na samopoczucie, ale jedynie pod warunkiem, że nie mam na nich styczności z młodzieżą - młodzież na sampopoczucie robi mi źle. Tak, jestem zrzędliwą, starą panną. Z odzysku.



* może to dlatego, że to nie była moja waga? Zawsze ważę się jak jestem z wizytą.

Thursday, August 25, 2011

Ten z Północą w Paryżu.

Cieniutki ten nowy Woody Allen, oj cieniutki. Przez pierwsze pół godziny nawet owszem - zabawny, ale potem to już głównie chciało mi się spać. Bo w końcu ile można powtarzać ten sam żarcik? Brakowało tylko mega oczywistego happy endu żeby film zmienił się w tandetną amerykańską komedyjkę. No, ale z drugiej strony, gdyby moją recenzentką została Gertruda Stein, też pokusiłabym się o pisanie książki (a tak to ograniczę się do losowo dodawanych postów na blogu i ludzkość będzie biedniejsza :D).

Za to mam ochotę dać kolejną szansę temu Paryżu, mimo że zdeczko mnie rozczarował w czasie tego jednodniowego biegu w służbowej kiecce od Łuku Triumfalnego do Wieży Eiffla i z powrotem. Myślę - wiosna. Myślę - casting na czarującego przewodnika. Myślę - czas na przygotowanie beretu z antenką (prochowczyk już mam!).

Update:

Przeczytalam w "Przekroju", że Woody stworzył genialny film o nostalgii. Nostalgia owszem - była.

Monday, August 22, 2011

Ten z żałosnym stanem rzeczy.

Wrociłam.
Bywałam.
Przez Kwadrat w czasie mojej nieobecności przeszła trąba powietrzna albo coś w podobie. Opcjonalnie Kot prowadziła ożywione życie towarzyskie. Albo i to, i to. Inaczej nie potrafię wyjaśnić stanu, w jakim Kwadrat aktualnie się znajduje.
Nie cierpię takiego bałaganu a czystsze podłogi są na klatce schodowej (sprawdzalam).
W związku z tym przespałam pół dnia.
Potem zaczęłam sprzątać, ale skończyło się na załadowaniu zmywarki - potem znalazłam w tym bałaganie książkę która mnie wciągnęła, więc otworzyłam wino i zapomniałam o bożym świecie.
Ocknęłam się chwilę temu, i zamiast wreszcie wziąć się do roboty, postanowiłam podzielić się tym żałosnym stanem rzeczy ze Światem.

Tuesday, August 09, 2011

Ten ze skrajnością poglądów.

No doooobra, no przeżyłam te chrzciny. Chrzciny jak to chrzciny - był maly człowiek, był ksiądz, było jedzenie, jedzenie i jedzenie...Nie wiem co prawda, co oznacza zobaczenie gołej łydki księdza, ale mam nadzieję, że nie potępienie wieczne ("gołą łydkę księdza widzieć, wiecznego potępienia doświadczyć"). I wszystko byłoby całkiem normalnie i banalnie, gdybym nie wdała się w dyskusję z wojujacą feministką - ze stoickim spokojem udało mi się ją doprowadzić do stanu, kiedy dym szedł jej z uszu, ręce się trzęsły a głos drżał. Rodzinne anegdotki będą przywoływać tą przemiłą konwersacyjkę latami :) I żeby nie było - bardzo szanuję feministki, pod warunkiem, ze nie prawią komunałów a ich poglądy trzymają się kupy. I pionu. I że reprezentują sobą coś więcej, niż ponadnormatywny poziom frustracji z tego, że w życiu im nic nie wyszło, co zrzucają na karb bycia dyskryminowanymi przez mężczyzn.

Po chrzcinach KNK został wysłany na wczasy odchudzające do Świnoujścia (tak naprawde to ani to wczasy, ani odchudzajace) a ja tymczasem pakuję kolorowe majtki i lecę poopalać się po słonecznej stronie mocy. Chociaż, gdyby tak spojrzeć na sprawę trzeźwym okiem, powinnam raczej spakować burqini ... No, nie ważne, może po prostu zagrzebię się w piachu i będę udawać wydmę (zabiorę ze sobą zestaw suszonych traw, dla niepoznaki), a jak wrócę opowiem wam, jak wygląda słońce.


Friday, August 05, 2011

Ten z pierwszym ząbkiem.

Poszłam po wagę, a kupiłam obiektyw. Z duuuuuużym zoomem. Oj tam, oj tam. Całe szczęście, że nie jestem sobie w stanie sama zrobić nim zdjęcia, szczególnie od tyłu bo ten duuuuuuży zoom mógłby DUUUUUUŻO ujawnić ;) W przeciwieństwie do luster w Zarze, których nienawidze - nie wiem, ile trzeba ważyć, żeby NIE wyglądać w nich jak trzcina. Nie wspominając nawet o tym, jak przykry jest potem reality check w konfrontacji z lustrem w domowych pieleszach.
Dobra, ale basta - w końcu ile można (literalnie) o dupie? :)

Zmieniając temat - KNK chrzci bratanka. Jutro. Wczoraj wieczorem postanowił kupić prezent. Proponowałam chomika, ale nie chciał na to pojść, sama nie wiem czemu. Pan w sklepie proponował pudełeczko na pierwszy ząbek (?! - znaczy co, jak wyrośnie koniecznie wyrwać  włożyć do pudełeczka?!), ale po tym jak chcieliśmy wziąć dwa, na pierwszy i ostatni, temat jakoś upadł.

Sprawa jest o tyle kiepska, że kompletnie nie nadaję się na rodzinne imprezy kościelne - mam nadzieję, że uda mi się jakoś przeżyć ten weekend...


Monday, August 01, 2011

Ten ze sprawą dużej wagi.

No co tu dużo mówić - umawialiśmy się, więc wszystko się zgadza: słońce świeci, niebo, tak dla odmiany jest niebieskie, mszyce żrą mi różę jak opętane... A nie, na mszyce się nie umawialiśmy. Można nawet zaryzykować, że niechybnie jestem czarownicą. Co prawda nie mam ani sztucznego nosa, ani kurzajki, ani nawet nie udało mi się zamienić nikogo w trytona (nie to, żebym próbowała...) ale na przykład podziwiając moje popisy taneczne, można zastanawiać się czy przypadkiem nie jestem zrobiona z drewna. Obawiam się, że ostatecznie wszelkie wątpliwości rozstrzyga fakt, że nie ma wystarczająco wielkiej kaczki...


Tym sposobem poruszyliśmy temat co najmniej drażliwy...Wielkiej Kaczki. Kim Kardashian prześwietliła sobie jakiś czas temu tyłek, żeby udowodnić światu, że jest prawdziwy. Co prawda ciężko mi wyobrazić sobie komu wątpliwości w tym temacie mogłyby spędzać sen z powiek ale za to im dłużej o tym myślę (czyli od jakiś kilku minut) tym bardziej jestem w stanie zrozumieć, że ta Młoda Dama pragnie pokazać światu, że to coś co ciągnie się za nią w partiach tylnych nie jest wytworem jej szalonego kaprysu a okrutnej matki natury. Smutna prawda jest taka, że zupełnie wbrew własnej woli gonię Kim w zastraszającym tempie - niedługo to ja i mój tyłek staniemy sie obiektem zainteresowania mediów (chociaż nie wiem, czy będę potrafiła tak przekonywująco wmawiać światu, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi i wcale a wcale nie chciałabym być wiotka jak trzcina) a biedna Kim będzie mogła przejść na medialną emeryturę. Tyle że jakoś mi się do tego zainteresowanie mediów moim skromnym ja (oraz nieskromnymi partiami tylnymi) nie śpieszy i dlatego podjęłam życiową decyzję - od dziś moimi przyjaciólkami najlepszymi będą dieta i WAGA. Boże, jestem taka podekscytowana - moja pierwsza waga w życiu! Biegnę do sklepu!