Cieniutki ten nowy Woody Allen, oj cieniutki. Przez pierwsze pół godziny nawet owszem - zabawny, ale potem to już głównie chciało mi się spać. Bo w końcu ile można powtarzać ten sam żarcik? Brakowało tylko mega oczywistego happy endu żeby film zmienił się w tandetną amerykańską komedyjkę. No, ale z drugiej strony, gdyby moją recenzentką została Gertruda Stein, też pokusiłabym się o pisanie książki (a tak to ograniczę się do losowo dodawanych postów na blogu i ludzkość będzie biedniejsza :D).
Za to mam ochotę dać kolejną szansę temu Paryżu, mimo że zdeczko mnie rozczarował w czasie tego jednodniowego biegu w służbowej kiecce od Łuku Triumfalnego do Wieży Eiffla i z powrotem. Myślę - wiosna. Myślę - casting na czarującego przewodnika. Myślę - czas na przygotowanie beretu z antenką (prochowczyk już mam!).
Update:
Przeczytalam w "Przekroju", że Woody stworzył genialny film o nostalgii. Nostalgia owszem - była.
No comments:
Post a Comment