Thursday, December 16, 2010

Ten z przedziałkiem.

Dziś kiedy stałam na przystanku Jeden Pan zahamował, a Drugi Pan już raczej niekoniecznie. Ten Drugi tak nie zahamował, że aż wypadł mu reflektor. W zwiazku z tym ten Pierwszy wyszedł, kucnął przy samochodzie Drugiego celem obejrzenia reflektora i zbadania, jak stało się to, że znalazł się on na jego zderzaku tylnim. I kiedy tak kucał, pokazał publiczności zebranej na przystanku Przedział, i zapewniam, że nie był to Przedział klasy pierwszej InterCity.

Następnie udałam się do pewnego sklepu, prowadzącego sprzedaż artykułów spożywczych w nadzwyczaj dużych ilościach (nie wiem jak się to dzieje, ale mi udaje się kupować w dużych ilościach głównie wino, co pozwolę sobie pozostawić bez komentarza). I dla odmiany tam jeden Pan zajął się tak intensywnie dwukilogramową puszką tuńczyka (swoją drogą, co można zrobić z taką ilością tuńczyka?). I tak się zajął, że pokazał mi Przedział.

W związku z powyższym nasuwa mi się jedno pytanie : What's wrong with you guys?!

Wednesday, December 15, 2010

Ten z biletem lotniczym. Dla maleństwa.

Z takich a nie innych pobudek jadę z KNK na wakacje. A, w sumie co mi tam, przyznam się - do wysnucia takiego właśnie planu wakacjnego pchnęły mnie, między innymi, zazdrość, zazdrość, zazdrość oraz, dla odmiany, zazdrość:) Nic na to nie poradzę, ale z takim bogatym wachlarzem uczuć zetknęłam sie po wiadomości od Koleżanki, że wybiera sie na wakacje do Brazylii. Chociaż nie, przepraszam - to wszystko wina KNK, ja sie po prostu ucieszyłam szczęściem Koleżanki oraz pomyślalam, że też bym chciała. To on skutecznie podsycał tą zazdrość (zapamiętać: przemysleć wpływ KNK na mój charakter, gdyż niewątpliwie nie zmierza to w dobrym kierunku :))

Podsycanie polegało na tym, że rzucil się do komputera wykrzykując, ze natychmiast i bez zadnego "ale" musi oddalic sie w kierunku Ameryki Poludniowej i spędzić tam kilka milych chwil polegajacych, jak mniemam, na sprawdzaniu jak male moze byc bikini* i, dla kontrastu, jak duza moze byc zawartosc rumu w rumie. Podejrzewam, ze odezwala sie w nim ułańska fantazja połączona z nowonabytą świadomością faktu, że Krzysztof Kolumb byl Polakiem, w związku z czym postanowił powtórzyć sukces rodaka i też odkryć conieco (nie wiem tylko, czy odkrycie owlosionej, nieopalonej łydki można porównać do odkrycia nieznanego kontynenty, ale ustalmy - nie znam się, więc się nie wypowiadam).

Krotka chwila spedzona na sprawdzaniu cen biletow lotniczych ("Strasznie Państwa przepraszam, ale przed chwileczką dostałem wiadomość, ze szpitala żona urodziła syna, chłopak, więc chciałem żonie – kwiaty, a maleństwu na przywitanie tego świata jakiś bilet na dobrą wróżbę ... Pozwolą Państwo ?!!") zaowocowala brutalnym zderzeniem z rzeczywistoscia oraz moim stanowczym NIE dla biletow droższych niz dwa i pół tysiąca złotych polskich, co oznaczało, że w drodze do Ameryki Południowej zostaniemy zrzuceni gdzieś w połowie dystansu dzielącego dwa kontynenty, co z kolei średnio mi się spodobało, gdyż podejrzewam, że jest tam dość głęboko a dostępność drinków z palemką jest dość ograniczona.

Nie przedłużając historii, skończyło się na pomyśle podróży do RPA, jako że okazało się, że to kraj zamieszkany przez Krewnych i Znajomych KNK (mam tylko nadzieję, że nie noszą ekstrawaganckich ozdób w nosach i nie przygotowują potraw kuchni fusion z przypadkowych przechodniów).
Biorąc pod uwagę fakt, że każdy z naszych wspólnych wyjazdów (z których żaden nie był dłuższy niż 3 dni) kończył się karczemną awanturą, po której każdorazowo pragnęłam zgarnąć torebkę i ruszyć w samotną podróż do domu, choćby pieszo, postanowiłam w temacie lanserki na Stasia i Nel grać na zwłokę, tym bardziej, że odległość między Johannesburgiem a Warszawa to prawie 9 tys. kilometrów, a aż taką fanką spacerów nie jestem. Niestety, granie na zwłokę zostało brutalnie przerwane informacją pewnych Linii Lotniczych o tym, że, cóż za zbieg okoliczności, oferują bilety m. in. do Johannesburga w wyjątkowo przyjaznej dla uzytkownika cenie. Opanowując drżenie ręki kliknęłam "Kup bilet" i teraz nie mam wyjścia - muszę polecieć z KNK do Afryki**

Przyznam, że zdarzają mi się spontaniczne ataki euforii. Przyznam również, że spontaniczne ataki euforii przerywane są spontanicznymi atakami paniki. Ale chyba bardziej euforii.

W trakcie bukowania biletu, maszyna kazala mi wybrać miejsca - jak moge wybrać miejsca, skoro samolot ma dwa piętra i wielkie skrzydla? Przecież wszyscy doskonale wiedzą, że nie mogę siedzieć nawet w okolicy skrzydła, bo od razu zaczynam sprawdzać, czy aby wszystkie śrubki są prawidłowo przykręcone, czy nie ma obluzowanych elementów i najmniejsza blaszka luzem każe mi zawezwać do raportu całą obsługę lotniska? I czemu na miejscach już zabukowanych nie ma informacji, ile waży siedzący na nim pasażer - zawsze trafiam na kogoś, kto zajmuje też część mojego fotela, albo, jeśli zdecyduję się usiąść przy oknie, na kogoś kto śpi całą drogę skutecznie izolując mnie od toalety.

No dobrze, jakoś się pozbierałam, i wszystko jest pod kontrolą. Gdyby ktoś mnie szukał będę w rzędzie 59. Albo w 80, zależy w ktorą stronę będę akurat leciec :)





*A wlasnie, zapomnialam zapytac Kolezankę, ktora szczesliwie juz powrocila, czy zabrala ze soba bikini z Polski, czy tez dane jej bylo zakrywac wdzieki dwoma sznurowkami, tak jak robia to dziewczyny z folderow reklamujacych ten piekny kraj. Swoja droga, to czy powrot byl szczesliwy, czy nie, to sprawa dosc sporna - prawdopodobnym jest, ze fakt pozostawienie samopas plazy, morza, slonca oraz grupy drinkow z palemka na rzecz sniegu, mrozu, chlupy i wilgoci moze niekoniecznie byc uznawany za szczescie.

** Postanowiłam, że jeśli nie spotkamy tam ani jednej surokatki, to go rzucę. Istnieje prawdopodobieństwo, że lwom na pożarcie. Albo nie, lepiej hipopotamom - one są ponoć najgroźniejsze.

Monday, November 29, 2010

Ten z cudownym eliksirem.

Siedze w pracy, macham nóżką i nic mi się nie chce. A najbardziej ze wszystkiego nie chce mi się wędrować do domu, przez łąki i pola - im częściej wyglądam przez okno, tym bardziej mi się nie chce. Właściwie to postanowiłam zabarykadować się przy biurku i przeczekać do najbliższych roztopów - Sieć donosi, że to jakoś w połowie przyszłego tygodnia, jakoś przeżyje.

A pomysleć, że nie dalej jak w sobotę leniwie fruwajace wielkie płatki śniegu wprawiły mnie w taka euforię, że pognalam na Weihnachtsmarkt* celem zbadania zawartości cukru w cukrze i grzańca w grzańcu. Ba, było tak ładnie, że autentycznie cieszyłam się z zimy - teraz zastanawiam się, czy nie był to efekt wypicia przed wyjściem z domu zbyt dużej ilości ajerkoniaku :)

Jak powszechnie wiadomo, do wyprodukowania ajerkoniaku (produktów gotowych nie uznaję) potrzebny jest alkohol wysokoprocentowy. Uznałam jednak, że nabywanie ćwiartki wódki (chciałam dość skromnie podejść do tej produkcji, żeby pamiętać cokolwiek z weekendu) godzi w image Damy, postanowiłam zatem obarczyć tym obowiązkiem KNK, który natychmiast odpisał "i to jest prawdziwa kobieta ! wysyla faceta po wódę a nie po jakieś tam cukinie" (do zapamiętania: nigdy nie wysyłać KNK po dyniowate - w okolicach początku listopada niemalże nabył 13-kilogramową dynię na zupę! Co można zerobić z taką ilością zupy? Przesłać ją do krajów Trzeciego Świata?). Niedługo poźniej pojawił się w mych skromnych progach z butelką w ręku i poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku i tak oto powstał eliksir na polepszenie pogody :)

To może jednak wrócę do domu?




* proszę o wybaczenie, ale mój umysł nijak nie przyjmuje do wiadomości faktu istnienia czegoś takiego jak "Jarmark Bożonarodzeniowy"

Wednesday, November 10, 2010

Ten z okiem.

Dzis o remoncie nie powiem nic - ER porusza sie w takim tempie, ze przestalam ich obserwowac w obawie, ze usne.

Kot bardzo chciala pomagac ("Jak dorosne zostane Bobem Budowniczym") ale uznalam, ze maczanie ogona, nosa i calej reszty Kota w roznokolorowej farbie jest dosc nietrafionym pomyslem, w zwiazku z czym zemscila sie wbijajac mi pazur pod oko - lovely. Teraz obrazona spi ostentacyjnie odwrocona kudlata dupa do Panci, a ja z przerazeniem biegam do lustra celem kontrolowania rozwoju sytuacji pod okiem - mam nadzieje, ze nie pojawi mi sie tam pelna paleta odcieni fioletu, bo glupio isc do opery z podbitym okiem ;) No, chyba ze z torebki bedzie mi wystawala niedopita butelka wina, poleci mi oczko w rajstopie i dostane czkawki - wtedy podbite oko nikogo nie zdziwi ;)

Monday, November 08, 2010

Ten z remontem, czyli nic nowego.

Z cyklu Żenujacy Żart Prowadzacego - Remont.

Niezmiennie, kiedy widze w swoich drzwiach radosna Ekipe Remontowa (kazdorazowo w innym skladzie) łzy naplywaja mi do oczu. I nie sa to bynajmniej łzy wzruszenia, chociaz niedlugo pewnie tak sie z nimi zżyje, że zaczne tesknic w przypadku dluzszej rozlaki. A moment rozłąki zbliza sie wielkimi krokami - przyznam, iż niesmialo i skrycie śmiem podejrzewac, ze jestesmy blisko konca - w srode malowanie i... baj, baj, maszkaro! I naprawde, nie przyjmuje do wiadomosci kolejnego pekniecia sciany, jakie wytropilam pare dni temu... Nie, nie, nie - zamierzam udawac, że go tu nie mam nawet jak odpadnie mi kawal tynku na sofe i przygniecie kota.

Zaczynam sie obawiać, że jak ciagle bede znajdowac nowe usterki do usuniecia, to zanim remont ostatecznie sie zakonczy, zdaze wyjsc za Kandydata Na Kandydata, przeprowadzic sie z nim do domu pod Ciechanowem oraz urodzic mu trojke dzieci. Ok, przepraszam, zagalopowalam sie z ta wizja tak, ze sama sie szczerze ubawilam.

Thursday, October 21, 2010

Ten z powtorka z rozrywki, czyli demolki ciagiem dalszym.

Zaczynam sie powaznie zastanawiac nad tym, czy remontowanie moze byc uznawane za hobby. Jesli okaze sie ze tak, to bardzo chcialabym poznac osobe, ktora takowe hobby posiada - zrobie jej zdjecie i zaloze galerie osoblisowsci :)

Ulubiona ekipa remontowa powrocila niczym zly sen. Rzadza sie na kwadraciku moim malenkim od wczoraj, a ja co rusz musze oddychac do torebki, zeby ich wszystkich nie pomordowac, poprzedzajac okrutna smierc jeszcze bardziej okrutnymi torturami. 

Powrocili niczym Freddie Kruger w ciemna noc celem zrobienia od nowa tego, co spieprzyli poprzednim razem, czyli celem rozkucia praktycznie kazdej ze scian, ktora oddziela mnie od reszty swiata. Tym razem do kucia przystapili z wyjatkowa determinacja, i skonczylo sie na tym, ze miedzy pomieszczeniem dosc dumnie nazywanym salonem, a  pomieszczeniem mniej dumnie nazywanym przedpokojem pojawil sie przeswit. Gdyby byl w innym miejscu mozna by go uznac za tajne przejscie dla wyjatkowo szczuplego szpiega (ciekawe, czy zmiesci sie w niej kot? Moze lepiej nie bede sprawdzala - glupio byloby miec o polowie kota w kazdym pomieszczeniu, a jesli tak, to ktora w ktorym?).

Dodatkowo dzis sily ekpiy zostaly wzmocnione o dwie rece i zero mozgu. Dwie rece i zero mozgu wykuly ogromna dziure w scianie w kuchni. W sumie nawet nie wiem dlaczego, mozliwe dla zasady, zeby nie bylo, ze kuchnia taka nietknieta i czuje sie z tego powodu niedowartosciowana i niespelniona remontowo? Szkoda tylko ze brak mozgu nie podyktowal dwom rekom tego, zeby sprobowac cokolwiek zakryc folia, w zwiazku z tym cala kuchnia zniknela pod gigantyczna warstwa pylu. Lovely. Juz sie nie moge doczekac sprzatania, ileż to bedzie radosci! iiiii! :)

Ale nie, absolutnie nie zamierzam sie sie denerwowac - bede ZEN, bede kwiatem na tafli jeziora i krolowa angielska w jednym. Posiedze dumnie na zakurzonej sofie i malujac paznokcie pomamrocze pod nosem przeklenstwa.

Monday, October 11, 2010

Ten ze statusem.

Sprawdzmy status na dzien dzisiejszy:

1. nadal kompletnie nie kontroluje uplywu czasu - czy znalazlby sie ktos uprzejmy, kto zahamowalby ta cholerna machine, ktora tyka i tyka w jakims szalonym tempie? Jak tak dalej pojdzie jutro obudze sie pomarszczona i z menopauza!

2. z tym porzadkowaniem, mięciem, cięciem, gięciem i wyrzucaniem to troche sobie pochopnie pozwolilam pofolgowac, kompletnie nie trzymajac sie zasady "nie mow hop poki nie przeskoczysz"

3. mam mocno mieszane uczucia jesli chodzi o jesien - zolte liscie i slonce bardzo na "tak", ale temperatura ponizej 15℃ to juz raczej bardzo na "nie". Poniewaz chwilowo znajduje sie w szerokosci geograficznej serem i czekolada plynacej, ktora rowniez okazujne sie szerokoscia geograficzna odstajaca amplituda temperatur od tej made in Poland, rozwazam, bardzo powaznie, wystapienie o azyl.

4. lenię się. Ot tak, calkiem po prostu. 

Monday, August 09, 2010

Ten z postanowieniem.

Okazuje sie, ze kompletnie nie panuje nad uplywajacym czasem. Musze chyba zatrudnic jakiegos asystenta, ktory by sie tym zajal, inaczej znowu ockne sie w Sylwestra, i ze zdziwieniem odnotuje, ze oto minal kolejny rok.
A poki co ostatnie pol roku moge sobie wyciac z zyciorysu. Wyciac, zmiąć i wyrzucic. Pozamiatac, poodkurzac i sprobowac cieszyc sie porzadkiem. Tak zrobie.

Thursday, July 29, 2010

Ten, w ktorym demolka continues.

W naiwnosci mej, jak sie okazuje bezgranicznej, wierzylam, ze demolka zajmie Super Ekipie 2 dni. Nawet nie chce mi sie komentowac... jest 14:31, Super Ekipa gdzies sie rozlazla (z wyjatkowa pieczolowitoscia pilnuja przerw) a skonczony jest tylko przedpokoj... Ide w rozpaczy polac sie farba. Hm... jaki kolor wybrac?

Wednesday, July 28, 2010

Ten z niespodziewana demolka.

Powoli otrzasam sie z wrazenia, jakie wywarla na mnie brawurowa akcja odbicia tuszy kurczaka z rak przebieglego porywacza, tym bardziej, ze chwilowo temat pozywienia jest mi dosc obcy - zupelnie niechcacy przeszlam na diete cud. Celem przeprowadzenia diety cud nalezy zakontraktowac ekipe remontowa, ktora jednoczesnie rozdlubie wszystkie sciany w mieszkaniu, znoszac wiekszosc umeblowania do kuchni i tym samym skutecznie blokujac dostep do pozywienia i wszelkich kuchennych utensyliow, wlaczajac w to czajnik. Nie jest jednak tragicznie - udaje mi sie lekko uchylic lodowke, w zwiazku z czym moge na przyklad popatrzec sobie na krewetki ze szpinakiem, ktorych nie zdazylam zjesc wczoraj, i ktorych na bank nie zjem dzisiaj :)

Musze przyznac, ze fakt dosc niespodziewanego nalotu ekipy remontowej powaznie mnie zmartwil - liczylam, ze sciana laczaca moje mieszkanie z opustoszalym mieszkaniem Sasiadki peknie jeszcze w kilku miejscach, co pozwoli na unicestwienie jej dyskretnym kopniaczkiem i podstepne przejecie lokalu obok. Drugim etapem przejecia mialo byc zamurowanie drzwi wejsciowych do owego lokalu (po co komu dwa wejscia do jednego mieszkania?) i udawanie, ze nigdy ich tam nie bylo, a na tych przeszlo 100 metrach mieszkam juz kolejny rok :) Ale niestety, nici ze snow o metrazowej potedze, przynajmniej przez jakis jeszcze czas.

Najbardziej z wizyty murarzy cieszy sie Kot. Kotspedza caly dzien siedzac i bacznie obserwujac ich poczynania - mysle, ze jak dorosnie chcialaby byc Bobem Budowniczym. Moze rozsadnym byloby nabycie dla niej malego zoltego kasku?

A teraz, z nadzieja, ze jutro dane juz bedzie mi zapomniec o wszechogarniajacym chaosie (oraz o diecie cud, gdyz wyjatkowo odporna jestem na diety) oddale sie na spoczynek - mam teraz dosc fancy sypialnie, z wielkim lozkiem po srodku, ktore az sie prosi zeby dookola niego sie poganiac, szkoda tylko ze do ganiania mam tylko Boba Budowniczego :)

Tuesday, July 27, 2010

Ten z dreszczykiem.

Miala byc bajeczka, ale chwilowo zostalam porazona doniesieniami Gazety Wyborczej i nijak nie jestem w stanie zebrac mysli:

"Tylko kilka minut cieszył się złodziej, który ze sklepu mięsnego w Zelowie porwał świeżutkiego kurczaka. Policjanci odzyskali drób, zanim ten trafił do garnka.

54-letni mężczyzna poprosił w mięsnym sklepie w Zelowie świeżego kurczaka za kilkanaście złotych. Gdy tylko sprzedawczyni zapakowała ptaka w torbę, złodziej wybiegł ze zdobyczą ze sklepu. Sprzedawczyni natychmiast powiadomiła policjantów, a ci skojarzyli podany rysopis ze znanym im amatorem drobiu. W pobliskiej wsi Bachorzyn funkcjonariusze wkroczyli do domu "porywacza". Właśnie wyjmował kurczaka spod kurtki. Odzyskany kurczak wrócił do sklepu, a 54-latek dostał mandat - dwieście złotych. "

Źródło: Gazeta Wyborcza Łódź

 
To musiala byc naprawde brawurowa akcja, w koncu odbicie swiezego drobiu z rak 54-letniego porywacza to nie bulka z maslem, tego nie mogl dokonac byle dzielnicowy. Uwazam jednakowoz, ze brak tu chocby wzmianki o dalszych losach kurczaka - wrócil do sklepu (jak? radiowozem? na sygnale? w chlodni?) i co dalej? Rosol czy faszerowane udka?

Monday, July 26, 2010

Ten dopiero co.

Zgubilam sie. Serio. Serio serio. Dopiero co byl maj. Co wiecej - dopiero co byl sylwester! O, albo jeszcze lepiej - dopiero co bylam piekna i mloda a cellulit znalam z opowiesci a nie z bezposredniego kontaktu oko w oko, a raczej oko w tylek. A tu juz lada chwila znowu bedzie sylwester - jesli trzeci raz z rzedu dane mi bedzie wejsc w kontakt z tapczanem "Maciek" oswiadczam, ze sie wprowadze do jego wlascicieli i bede na nim sypiac codziennie :D

Dopiero co mialam chlopaka, potem go nie mialam, a teraz mam znowu, chociaz mam wrazenie, ze jednak ja bardziej jestem jego dziewczyna niz on moim chlopakiem, co obawiam sie niekoniecznie rokuje na przyszlosc happily ever after. No, ale poniewaz mam powazne problemy z odnalezieniem sie w czasoprzestrzeni (bardziej jednak w czasie niz przestrzeni, przestrzen jednak udaje mi sie lekko kontrolowac) wiec ever after wydaje sie byc jakims mocno mglistym i mocno odleglym okresleniem.

Tak wiec dzis, poniewaz jest poniedzialek, i poniewaz pada deszcz, przez co nie musze martwic sie podlewaniem gąszczu na balkonie, postanawiam przylozyc sie do odnalezienia sie w czasie. I do ogarniecia przestrzeni. Jak tylko mi sie to uda wroce, i opowiem wam dzieci bajeczke. Albo nawet dwie :)

Wednesday, May 26, 2010

Ten z wiosennym przebudzeniem.

Ja sie pytam, JAK TO MOZLIWE - dopiero co oglosilismy luty nowym styczniem, a tu juz maj.

A teraz maj dokola maj, wyswieca ogrody
i caly ja, i caly ja, zanurzony w jordanie pogody

Ale zaraz zaraz, skoro luty byl nowym styczniem, to maj... hm... maj musi byc kwietniem - pogodowo nadal sie zgadza.

W glowie klasyczna wiosenna rozpierducha. Reset potrzebny natychmiast!

Erase and rewind
'cause I've been changing my mind

Wednesday, February 17, 2010

Ten z nowym styczniem.

Ha ha haha ha, chwile pozniej rozpierdolilo sie z hukiem. No dobra, huku nie bylo, ale ktos cichcem podprowadzil klocki i tyle tego bylo. Pff, shit happens, nie bedziemy robic z tego wielkiego halo!, pozamiatane i to bynajmniej nie pod dywan, adieu, don't call us, we won't call you :)

W ramach bojkotu wymazujemy styczen z pamieci, luty oglaszamy nowym styczniem i wszystko wraca do normy i jest super:) Ba, nawet warunki atmosferyczne sie zgadzaja.

W miedzyczasie na horyzoncie pojawia sie nowy adorateur, wzbudzajacy we mnie odruchy lekkiej paniki, poniewaz nie lubie, jak ktos sie na mnie patrzy, a szczegolnie, jak patrzy sie na mnie tak, ze czuje, ze brakuje mi na glowie tylko kupki  bitej smietany i wisienki. Ataki paniki wzrastaja, kiedy okazuje sie, ze adorateur bliski planowania wspolnej przyszlosci jest (dajmy na to, taki kwiecien, to przeciez bliska przyszlosc, nie?) ja tymczasem po wymazanym styczniu przyszlosc swoja wole widziec mgliscie i pojedynczo :) Chwilowo nie kreca mnie jazdy emocjonalne, jakie wiaza sie z blizszym obcowaniem z mezczyzna, uwielbiam cisze i spokoj i jak mi w domu pachnie ciastkowa świeczka z ikei. Dodatkowo adorateur ma obsesje dotykania mnie, a ja nie lubie jak mnie ludzie dotykaja, szczegolnie obcy. Lubie sie przytulac tylko do wybranych jednostek, a cala reszta winna trzymac sie w odleglosci bezpiecznej, nie wymagajacej kontaktu fizycznego. W zwiazku z tym zaczynam sie zastanawiac, czy jestem juz stara panna czy jeszcze nie?

Monday, January 18, 2010

Ten z bitsami nie od pary.

Bits'n pieces nijak nie ukladajace sie w calosc:
- chleb posmarowany maslem
- ugrillowana buleczka
- zamkniete drzwi od sypialni
- ...

Zbieram je od jakiegos czasu, jednoczesnie i chcac cos z nich ulozyc, i bojac sie, ze jak kazda ukladanka sie posypią.
Moze to dlatego, ze ciezko mi uwierzyc, ze mogloby ulozyc sie cos fajnego?

Do bani.