Siedze w pracy, macham nóżką i nic mi się nie chce. A najbardziej ze wszystkiego nie chce mi się wędrować do domu, przez łąki i pola - im częściej wyglądam przez okno, tym bardziej mi się nie chce. Właściwie to postanowiłam zabarykadować się przy biurku i przeczekać do najbliższych roztopów - Sieć donosi, że to jakoś w połowie przyszłego tygodnia, jakoś przeżyje.
A pomysleć, że nie dalej jak w sobotę leniwie fruwajace wielkie płatki śniegu wprawiły mnie w taka euforię, że pognalam na Weihnachtsmarkt* celem zbadania zawartości cukru w cukrze i grzańca w grzańcu. Ba, było tak ładnie, że autentycznie cieszyłam się z zimy - teraz zastanawiam się, czy nie był to efekt wypicia przed wyjściem z domu zbyt dużej ilości ajerkoniaku :)
Jak powszechnie wiadomo, do wyprodukowania ajerkoniaku (produktów gotowych nie uznaję) potrzebny jest alkohol wysokoprocentowy. Uznałam jednak, że nabywanie ćwiartki wódki (chciałam dość skromnie podejść do tej produkcji, żeby pamiętać cokolwiek z weekendu) godzi w image Damy, postanowiłam zatem obarczyć tym obowiązkiem KNK, który natychmiast odpisał "i to jest prawdziwa kobieta ! wysyla faceta po wódę a nie po jakieś tam cukinie" (do zapamiętania: nigdy nie wysyłać KNK po dyniowate - w okolicach początku listopada niemalże nabył 13-kilogramową dynię na zupę! Co można zerobić z taką ilością zupy? Przesłać ją do krajów Trzeciego Świata?). Niedługo poźniej pojawił się w mych skromnych progach z butelką w ręku i poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku i tak oto powstał eliksir na polepszenie pogody :)
To może jednak wrócę do domu?
* proszę o wybaczenie, ale mój umysł nijak nie przyjmuje do wiadomości faktu istnienia czegoś takiego jak "Jarmark Bożonarodzeniowy"
jestes boska :D ze tez dopiero teraz zapoznalam sie z Twoim blogiem przestalam czytac bo juz mnie brzuch od smiechu boli :) czekam na kolejny wpis
ReplyDelete