Jakoś kompletnie nie było mi z pisaniem po drodze ostatnimi czasy. W międzyczasie:
- byly Święta, ktore szczególnie hucznie obchodziła moja kiełkująca nadwaga (nawiasem mówiąc znowu zaczynam podejrzewac, ze zostalam adoptowana - osoba, ktora piecze TAKIE mazurki na pewno nie moze byc moja matka poniewaz ktos, z kim lacza mnie wiezy krwi NIGDY by mi czegos takiego nie zrobil)
- odbyłam wycieczkę na Zachód od Odry (jak to dumnie brzmi), wioząc ze sobą siatę z dwoma chałkami i czterema słoikami dżemu Łowicz w ramach suwenriry z macierzy (niestety nie było zapotrzebowania na mendel jaj i gęś z szyją przewiązaną szmatką smętnie zwisającą z koszyka). Wycieczka na Zachód od Odry jak zwykle pogorszyła moje samopoczucie, gdyż po raz niewiadomoktóry skonstatowałam, że tam oto i tylko tam jest moje miejsce na ziemi tylko jakos chwilowo kompletnie mi tam nie po drodze. Ale ale... wycieczka miala tez swoje dobre strony, gdyż jak wiadomo podroze ksztalca i to nie tylko - robia tez dobrze na samopoczucie! Szczegolnie, jesli w wieku lat 35 zostaje sie wylegitymowanym pod klubem, poniewaz wzbudza sie podejrzenia bramkarza, dotyczace wieku. Brawo! Co prawda wydaje mi sie, ze jego nieufnosc wzbudzila glownie moja wspoltowarzyszka, regularnie legitymowana w monopolowych, ktora
sah extrem jung aus, ale nadal czuje sie wzruszona faktem, ze bez udowodnienia pelnoletnosci nie chcial wpuscic ani jej, ani mnie ;-). Poniewaz ksiezniczki, zupelnie jak potrzaskane, ruszyly w miacho bez jakichkolwiek dokumentow, a telefon, 50 Euro i szminka kiepsko potwierdzaja tozsamosc, zdecydowalam sie w koncu pojsc na calosc, pogrzebac resztki dumy i pozegnac marzenia o dorownywaniu zagadkowsocia Macie Hari i wypalilam "Ale ja mam 35 lat!". Tu bramkarz podskoczyl nerwowo i spojrzal na mnie z takim przerazeniem, jakby zobaczyl ducha co najmniej Elvisa albo Najmniejszego z Prezydentow. Nastepnie skapitulowal i nas wpuscil - mysle, ze uznal, ze zadna kobieta nie posunelaby sie do tak absurdalnych klamstw, dodajac sobie lat, szczegolnie kiedy stoi za nim kilkunastoosobowa kolejka mlodych ludzi plci przeciwnej :-D
- odbylam druga wycieczke na Zachod od Odry, do miejsca zgola innego,tym razem zdecydowanie ostatniego na liscie "moich miejsc na ziemi" gdzie w hotelu codziennie, punktualnie o godzinie 6 rano budzil mnie budzik sasiada mieszkajacego w pokoju obok. Co ciekawe - budzik budzil mnie, sasiad natomiast pozostawal niewzruszony, a po przepisowych 15 minutach budzik wylaczal sie sam. Po dwoch dniach zaczelam podejrzewac, ze za sciana brak jakiejkolwiek inteligentnej formy zycia (budzik sie nie liczyl) i zastanawialam sie, czy powinnam zglosic fakt zalegania zwlok. Dodatkowo hotelowa mocno krochmalona koldra pachniala OBCYM mezczyzna (gdybym go chociaz znala przelotnie, ale nie - byl zupelnie obcy!) , toaleta natomiast... no zalozmy, ze nie pachniala. No, a przynajmniej nie pachniala tak, jak powinna pachniec przy tych pieciu gwiazdkach, ujmujac to bardzo delikatnie :)
- byla majowka, podczas ktorej nijak sie nie maiło. Obudzilam sie w niedziele i to co zobaczylam za oknem przeszlo calkowicie moje najsmielsze oczekiwania, dotyczace majowej aury. Pomyslalam, ze zamkne oczy, a kiedy ponownie je otworze, za oknem znowu bedzie maj. Mrugalam tak caly weekend, az spuchly mi powieki. Dzisiaj, kiedy zobaczylam na termometrze 0,7
°C juz nawet nie mialam sily mrugac... Zaczynam powaznie rozwazac mozliwosc uzyskania 'azylu klimatycznego' w jednym ze srodziemnomorskich zakatkow (skoro mozna otrzymac azyl polityczny, to taki za niesprzyjajacy klimat atmosferyczny tez sie nalezy, inaczej bedzie foch). Dodam, ze z majowka laczylam pewne plany, ktore wlaczaly: rower, fotel na balkonie, skrzynke wina od Starego Borsuka oraz trzy worki ziemi, ktore pod wielka presja nabyl dla mnie KNK (powiedzialam, ze jesli wroce z Rzeszy i na balkonie nie znajde workow z ziemia, do ktorej moglabym powtykac rosliny kwitnace bedzie to oznaczalo niechybny koniec naszej znajomosci).