Wednesday, November 02, 2011

Ten z mizernym powrotem.

Po dluzszej nieobecnosci w domu zagladam do lodowki a tam:
- kiszone ogorki
- trzy polki alkoholu
- ususzony kawalek zoltego sera
- jajka
- musztarda.

Jak nic zmieniam sie w faceta. Boje sie isc do toalety, zeby nie okazalo sie, ze sikam na stojaco. 

Tuesday, November 01, 2011

Ten z aura, sprzyjajaca lub nie.

1 listopada. Czy Za Oceanem NADAL pada snieg? Bo szczerze mowiac, jak patrzylam na to, co pokazywala telewizja, to chcialo mi sie plakac. Snieg nie wzbudza we mnie puchatkowosci i milosci do goracej czekolady. Nie lubie goracej czekolady, nie lubie grzanego wina, nienawidze cieplych skarpet i zmarznietych uszu. Swietnie za to odnajduje sie w towarzystwie drinkow z palemka, drinkow on the rocks i innych takich kiepsko komponujacych sie ze sniegiem.

Snieg jest fajny pod warunkiem, ze jest go umiarkowana ilosc, swieci slonce i jest minimalny mrozik, a takich dni na cala zime bywa kilka.

Musze powiedziec, ze do tej pory samo slowo "listopad" wywolywalo u mnie ataki paniki polaczone z glebokimi stanami depresyjnymi - no jakzez to brzmi dolujaco, "listopad"... Poki co zlota polska jesien zdecydowanie zmienia moje nastawienie w tym temacie, ale to co sie dzieje Za Oceanem budzi gdzies wewnatrz, mimo wszystki, lekki niepokoj. U czorta, skoro cale licho od Nich przychodzi (taka stonka, na przyklad) to kto wie...


Z cmentarnych dialogow:
Stoimy przy grobie Babci. Dzwoni moj telefon, ktory natychmiast wyciszam.
Matka Rodzicielka: Kto dzwonil?
Ja: KNK.
MR: I co chcial?
Ja: No nie wiem, przeciez nad grobem stoje, to nie bede rozmawiac.


A na Cmentarzu tylko jedna dama w futrze (respect!) i cala masa pieknych zoltych lisci - pogoda splatala lokalnym elegantkom niezlego psikusa...

Friday, October 21, 2011

Ten z Chlebem.

Upieklam chleb.
Pyyyyyszny.
Z chrupiaca skorka.
Siedzimy z Grzybowa i chrupiemy.
Ok, przyznam sie szczerze, nie napracowalam sie nad tym chlebem - wymieszalam zawartosc dwoch torebek, jednej wiekszej, drugiej mniejszej, wyroslam i upieklam. Wielkie halo.
Ale i tak czuje sie jak strazniczka domowego ogniska.
Perfekcyjna pani domu.
Anthea Turner.
No nie, zagalopowalam sie - nie nadaje sie na perfekcyjna pania domu, nie ogarniam, jak mozna miec idealny porzadek, trzydaniowy obiad, wyczesanego Kota i jeszcze miec czas na to, zeby sie ubrac, uczesac, umalowac i zrobic paznokcie. Musi nalezy byc wyposazonym w jakies super powers, ktorych ja niestety nie posiadam.
Druga rzecz jaka mnie zastanawia to to, JAK u licha Carrie Bradshaw udaje sie biegac w szplkach. Raz biegala nawet w klapkach na szpilce i to jak rasowy atleta. Ja tymczasem nie jestem w stanie dobiec do przystanku - krocze jak dama i uciekaja mi wszystkie autobusy.
Chcialabym byc ogarnieta i poukladana.
No ale nie jestem - na czesc chaosu "Hip! Hip! Hura!".

PS. A widzieliscie co jedna z siostr Steczkowskich ma na glowie? To rondko chyba jakies jest, nie? Moznaby powpinac jakies kwiaty, kokardy czy sztuczne owoce i bylby niczego sobie kapelutek. Ba! Moznaby sie pokusic o jakiegos wypchanego ptaka czy inna pulardę. Teraz bede sie bala chodzic do fryzjera...

Thursday, October 20, 2011

Ten z Dochodzeniem.

Ogladam "The Killing". Wciągnęło mnie, mimo, że robienie z tego współczesnego "Twin Peaks" to już lekka nadinterpretacja - "Twin Peaks" jest jedno, niepowtarzalne i absolutnie niezastąpione. Wkurza mnie wątek zamążpójścia tej rudej - zupełnie niepotrzebne zawracanie głowy i rozpraszanie uwagi. I wkurza mnie to, że ona ciągle chodzi w jakiejś zdecydowanie za dużej kufajce. Podoba mi się za to to, że taki bury ten serial - pogoda ciągle brzydka, ludzie ubrani na szaro, nawet próbki tortów weselnych jakieś takie ponure były. Zobaczymy jak się dalej rozwinie akcja, oby nie nadeszła wiosna :)

Wrobiłam się w randkę w ciemno -  gdzie ja miałam głowę?! Dwa razy odwoływałam, ale kawaler wyjątkowo wytrwały jest. Planuję chlapnąć espresso i wrócić do domu - randki w ciemno to jakiś koszmar.  Miałam kiedyś konto na jednym takim portalu, i o tych wszystkich kawalerach do wzięcia mogłabym książkę napisać :D

Ten z Grzybową.

Kompletnie nie ogarniam tej kuwety - jak to sie stalo, ze mamy juz srode, a wlasciwie czwartek? Gdzie jest haczyk? Moze powinnam zaczac nosic zegarek? Chociaz w moim przypadku to raczej kalendarz, i to taki duzy, scienny, koniecznie na szyi.

Ostatnie dwa dni spedzilam na lonie rodziny - lono dobrze robi na samopoczucie (a zle na wage, ale kto by sie przejmowal). Dobrze, ale obawiam sie, ze krotkotrwale - ledwie wrocilam do domu, a juz zlapalam stresa. Ze zadzwoni. Ze napisze. Ze znow bedzie cos nie tak. Nie pamietam, kiedy bylam tak psychicznie zmeczona. Mam wszystkiego po denko i potrzebuje klina. Anyone?

Klin na horyzoncie nawet niemrawo nie majaczy, ale za to mam juz przod i tyl swetra - alleluja, to sukces, jakiego nie spodziewalam sie w tej polowie roku. W sumie, od biedy, moglabym z tego uszyc jakas dziwaczna kamizelke, zdziebko ekscentryczna i szalona, ale za to hand made. Zaczyna we mnie powoli kielkowac nadzieja, ze moze jednak uda mi sie miec ten sweter na zime?

A skoro juz jestemy przy rzeczach ekscentrycznych i szalonych to Kot ma nowy pseudonim artystyczny - Grzybowa. Kiedy ja bawiłam w Amsterdanie, Kot spedzila tydzien na koloniach na lonie rodziny, gdzie w ogrodzie denerwowala psa sasiadow, chowała się przed Starym Borsukiem pod choinką i lapala muszki. No, jak sie okazuje nie tylko muszki, ale tez coś, od czego jest parchata, podziabana i wyglada jak siodme nieszczescie. Oczywiscie wykorzystuje ta sytuacje, zeby jeszcze skuteczniej mna manipulowac, no ale trudno, takie zycie rekonwalescentki. Ratuje ja to, ze jej przypadłości przywiodly nas Przemilego Pana Doktora, który nie wiem która z nas urzekł bardziej - ja przekilnałam moment, kiedy postanowiłam się nie czesac przed wyjściem z domu, a ona pozwalała PPD robic ze soba wszystkie te nieprzyjemne rzeczy, którymi maltretuje sie chore Koty. Juz nie mozemy sie doczekac wizyty kontrolnej za tydzien!

Friday, October 14, 2011

Ten z brutalną prawdą.

Siedze okutana w kocyk, z jednej strony kawa, z drugiej mrucząca Kot i myślę, że nigdzie nie chce mi się iść - będzie zimno, głośno i daleko od domu. Drogi pamiętniczku, czy jestem już stara i zgęziała?

PS.
Zupa tajska poprawia nastrój. Moze dlatego, ze nie robia sie od niej pryszcze?

PS2.
Nie mam tu na myśli cieczy, którą pod taką nazwą podaje się w MG Eat, ale to zupełnie inna para kaloszy.

Ten z niesforna eklerka.

Eklerka ze śmietaną i pączek nie poprawiają nastroju. Wywołują za to mdłości i uczucie wykluwających się pryszczy. Pryszcze w wieku średnim są żenujące. Chociaz momencik - Karl doniosl, ze kobiety teraz na luzaku dozywaja osiemdziesiatki, wiec w wieku srednim bede za pare lat.  No dobre i to, co nie zmienia faktu, ze nadal mnie mdli.

Musze przyznac, ze bezposrednia przyczyna zawarcia blizszej znajomosci z eklerka by fakt, ze zostalam dzis zinwigilowana, co prawda malo skutecznie, ale jednak, przez Brata KNK. Inwigilacja odbyła się na okolicznosc eksmisji KNK z zajmowanego przeze mnie lokalu. Poniewaz kilka dni wczesniej zrobila to samo jego Siostra, spodziewam sie krzyzowego ognia pytan ze strony kolejnych czlonkow rodziny KNK i niezmiennie nabieram wody w usta - sam niech sie tlumaczy, nie czuje potrzeby obrabiania mu dupy przy rodzinie.

Z wiadomosci z bardziej globalnego podworka: Paris Hilton oficjalnie oglosila, ze Polska jest hot - nie wiem, czy w obliczu takiej sensacji bede mogla chocby zmruzyc oko. Nie zmienia to faktu, ze jestem odrobine rozczarowana tym, ze dziedziczka oszczedzila nam, Polakom, widoku swoich czesci ciala niesfornych - nie pomogl w tym nawet zagubiony bagaz... Swoja droga, to smutne tak przeleciec kawal swiata tylko po to, zeby w towarzystwie jakis wąsatych panow i ksiedza otworzyc centrum handlowe... To ja juz wole byc corka Starego Borsuka...

Wednesday, October 12, 2011

Ten z niewiadomoczym.

Moj obecny stan najlepiej odzwierciedla fakt, ze ogladam, po raz niewiadomo ktory, Sex & The City oraz żłopię bąbelki z procentami.
Nie nadążam za kalendarzem. 
Zag zabrał mnie dziś do kina na film, który zaczął i skończył się pogrzebem. 
Kot zużywa całe ciepło wychodzące z kaloryfera - jak znam życie będzie chciała mi je oddać koło 4:30, kiedy po tym jak zdzieli mnie puchatą łapą w nos uwali się na mnie rozkosznie mrucząc. 
Jestem figlarnym obłoczkiem pełnym szczęścia i radosnych myśli.

Monday, October 10, 2011

Ten z lisciem. W bucie, nie na glowie.

Czy to juz? Czy dobrnelismy do momentu, kiedy niezaleznie od tego, co sie na siebie zalozy, jest czlowiekowi zimno? A to przeciez jeszcze nawet nie listopad. Brrr... listopad - to brzmi strasznie. Juz samo to slowo ma mocno depresyjne dzialanie. Na szczescie naukowcy dowodza, ze na jesienna depresje najlepsze jest czerwone wino. Wiwat naukowcy! No, dodaja tez, ze ponoc slonce tez nie jest najgorsze, ale badzmy realistami :)
Chodzilam dzisiaj po parku i szuralam w lisciach. Lubie szurac w lisciach. Baletki mam pelne patykow i rajtki mi sie podziurawily. Szuralam i myslalam o tym i o owym. Glownie o tym. I wyszuralam sobie podly nastroj. A to przeciez jeszcze nawet nie listopad... 
Poza tym nie mam na nic czasu - robie sweter. Powoli zaczne chyba przyjnowac zaklady, czy uda mi sie go skonczyc przed wiosna :) 

Ten z watkiem geograficznym.

Mialam na dzis daleko posuniete plany dotyczace tworczosci epistolarnej, ale jakos tak czasu nie stalo.
Po pierwsze musialam zastanowic sie nad tym, czym spowodowany jest ten niedowlad strun glosowych jaki zdiagnozowalam po przebudzeniu - tym, ze wczoraj popuscilam wodze fantazji i znowu wydawalo mi sie, ze jestem gwiazda rocka i do tego swietnie spiewam (a glownie glosno), czy tym, ze, rowniez wczoraj, ZMARZLAM. Excusez moi ale nie dalej jak tydzien temu wracalam na chatynke w samym t-shircie a teraz co? Ze szalik, rekawiczki i cieple majtki?! No to juz jest lekka przesada.
Po drugie musialam wypelnic Obywatelski Obowiazek. OO udalam sie wypelniac z GPS-em, poniewaz mialam pewne obiekcje, czy uda mi sie dotrzec do Obwodowej Komisji Wyborczej ukrytej gdzies miedzy blokami. Udalo sie, OO wypelnilam, ale dla odmiany... ZMARZLAM. Gdyby nie wstepne wyniki wyborow, moglabym zaczac zastanawiac sie nad przeprowadzka w jakies bardziej sprzyjajace brakowi skarpetek rejony globu, a tak to nie pozostaje mi nic innego, jak okutac sie pierzyna (ktorej nota bene nie mam) i pojsc spac. Mam tylko nadzieje, ze nie obudze sie nad pieknym, modrym Dunajem.

Sunday, September 18, 2011

Ten z względnością.

Nie wiem zupełnie co się z tym czasem dzieje - wpadłam chyba w jakąś dziurę w czasoprzestrzeni.  Ewentualnie zupełnie nieświadomie wykonuję eksperyment mający na celu udowodnienie mi, że czas jest względny. Tylko po co? Wierzę mądrym książkom na słowo, darujmy sobie te sztuczki.
Medalowo przepieprzyłam sobotę - ledwie wstałam a już była 23:32, a z całego dnia pamiętałam jedynie tyle, że półtorej godziny czytałam książkę w wannie i że byłam w spożywczym. Dziś wcale nie było lepiej - no halooo. Przez chwilę zapragnęłam nawet być kobietą zaplanowaną i zorganizowaną, ale szybko mi przeszło - myślę, że moja zwichrowana psychika mogłaby tego nie udźwignąć.
Siedzę i czytam lekko przeterminowane gazety, których stos uzbierał mi się na nocnym stoliku - okazuje się, że w ciągu ostatnich lat przybyło nam 536 toalet publicznych. Zastanowię się później co zrobić z tą wiedzą, póki co mogę jedynie być dumna, że rośnie nam ojczyzna w siłę. I że jest gdzie pognać w potrzebie.

PS. I drastycznie spadło pogłowie koni. Jak tak dalej pójdzie, nie każdy będzie widział, jaki jest koń.

Friday, September 16, 2011

Ten w którym jestem, po tym jak mnie nie było.

No dobra, dość tego - ile można?

Postanowiłam odciąć się od świata i pożeglowałam ze Starym Borsukiem w siną dal. Stary Borsuk, zupełnie nie wiadomo czemu, tłumaczył wszystkim napotkanym żeglarzom, że jestem jego córką - nigdy nie zrozumiem Borsuka :) Jak tak żeglowałam, to zdarzało się, że wyciągałam na pokład Zorkę Pięć:




Nie śmieć. Nie rycz. Nie sraj. Kochaj Mazury.



<3 jesień.



Po powrocie postanowiłam wziąć byka za rogi.
Po pierwsze wymeldowałam KNK. Słuszna to decyzja, nawet jeśli nie czuję się z nią komfortowo.
Na chwilę obecną planuję zestarzeć się z Kotem.
Umówiłam się do dentysty.
Niechcący dostałam pracę. Fajną. W Düsseldorfie. Niefajnie.
Dostałam też zestaw na poprawę humoru:


Za pomocą rzeczonego zestawu poprawiam sobie właśnie wcale nie taki najgorszy humor. Oraz za pomocą Chianti Classico i parówek. Nie lubię parówek. Podobnie zresztą jak brukselki i kotletów mielonych.

Friday, September 02, 2011

Ten ze stopniowaniem.

Zdarza się czasem tak, że jest źle. Bywa gorzej. Czasem najgorzej. Albo po prostu, całkiem zwyczajnie kiepsko. I w ogóle do bani.

Friday, August 26, 2011

Ten z przemianą.

Powoli zamieniam się a Ala Bundiego - spędzam dnie na sofie oglądając sitcomy. Do pełnego wizerunku potrzebna mi tylko żona w tapirze. Jest do tego stopnia źle, że powoli zaczynam się orientować w tym, o co chodzi Na Wspólnej, mimo że wtedy z reguły ruszam się już z sofy wiedziona wyrzutem każącym zrobić mi coś pożytecznego. Mam nadzieję, że nie doczekam momentu, kiedy intryga zacznie mnie wciągać - nie chciałabym wstawać rano z poczuciem niepokoju, bo nie wiem co nowego u Ziębów (aaa! nie jest dobrze, znam już nazwisko rodziny bohaterów!)

Jak nic to wszystko przez ten kryzys egzystencjalny, który właśnie u siebie zdiagnozowałam - z robotą nie halo, z KNK jeszcze bardziej nie halo a waga*, po tym jak przez tydzień żywiłam się arbuzami, czyli czerwoną wodą (a zjadłam przydział przewidziany dla wielodzietnej rodziny na następne kilka lat) a przez następny tydzień prawie się nie żywiłam, standardowo pokazała mi faka.

Chyba pojadę na jakieś wakacje. Znowu. Wakacje dobrze mi robią na samopoczucie, ale jedynie pod warunkiem, że nie mam na nich styczności z młodzieżą - młodzież na sampopoczucie robi mi źle. Tak, jestem zrzędliwą, starą panną. Z odzysku.



* może to dlatego, że to nie była moja waga? Zawsze ważę się jak jestem z wizytą.

Thursday, August 25, 2011

Ten z Północą w Paryżu.

Cieniutki ten nowy Woody Allen, oj cieniutki. Przez pierwsze pół godziny nawet owszem - zabawny, ale potem to już głównie chciało mi się spać. Bo w końcu ile można powtarzać ten sam żarcik? Brakowało tylko mega oczywistego happy endu żeby film zmienił się w tandetną amerykańską komedyjkę. No, ale z drugiej strony, gdyby moją recenzentką została Gertruda Stein, też pokusiłabym się o pisanie książki (a tak to ograniczę się do losowo dodawanych postów na blogu i ludzkość będzie biedniejsza :D).

Za to mam ochotę dać kolejną szansę temu Paryżu, mimo że zdeczko mnie rozczarował w czasie tego jednodniowego biegu w służbowej kiecce od Łuku Triumfalnego do Wieży Eiffla i z powrotem. Myślę - wiosna. Myślę - casting na czarującego przewodnika. Myślę - czas na przygotowanie beretu z antenką (prochowczyk już mam!).

Update:

Przeczytalam w "Przekroju", że Woody stworzył genialny film o nostalgii. Nostalgia owszem - była.

Monday, August 22, 2011

Ten z żałosnym stanem rzeczy.

Wrociłam.
Bywałam.
Przez Kwadrat w czasie mojej nieobecności przeszła trąba powietrzna albo coś w podobie. Opcjonalnie Kot prowadziła ożywione życie towarzyskie. Albo i to, i to. Inaczej nie potrafię wyjaśnić stanu, w jakim Kwadrat aktualnie się znajduje.
Nie cierpię takiego bałaganu a czystsze podłogi są na klatce schodowej (sprawdzalam).
W związku z tym przespałam pół dnia.
Potem zaczęłam sprzątać, ale skończyło się na załadowaniu zmywarki - potem znalazłam w tym bałaganie książkę która mnie wciągnęła, więc otworzyłam wino i zapomniałam o bożym świecie.
Ocknęłam się chwilę temu, i zamiast wreszcie wziąć się do roboty, postanowiłam podzielić się tym żałosnym stanem rzeczy ze Światem.

Tuesday, August 09, 2011

Ten ze skrajnością poglądów.

No doooobra, no przeżyłam te chrzciny. Chrzciny jak to chrzciny - był maly człowiek, był ksiądz, było jedzenie, jedzenie i jedzenie...Nie wiem co prawda, co oznacza zobaczenie gołej łydki księdza, ale mam nadzieję, że nie potępienie wieczne ("gołą łydkę księdza widzieć, wiecznego potępienia doświadczyć"). I wszystko byłoby całkiem normalnie i banalnie, gdybym nie wdała się w dyskusję z wojujacą feministką - ze stoickim spokojem udało mi się ją doprowadzić do stanu, kiedy dym szedł jej z uszu, ręce się trzęsły a głos drżał. Rodzinne anegdotki będą przywoływać tą przemiłą konwersacyjkę latami :) I żeby nie było - bardzo szanuję feministki, pod warunkiem, ze nie prawią komunałów a ich poglądy trzymają się kupy. I pionu. I że reprezentują sobą coś więcej, niż ponadnormatywny poziom frustracji z tego, że w życiu im nic nie wyszło, co zrzucają na karb bycia dyskryminowanymi przez mężczyzn.

Po chrzcinach KNK został wysłany na wczasy odchudzające do Świnoujścia (tak naprawde to ani to wczasy, ani odchudzajace) a ja tymczasem pakuję kolorowe majtki i lecę poopalać się po słonecznej stronie mocy. Chociaż, gdyby tak spojrzeć na sprawę trzeźwym okiem, powinnam raczej spakować burqini ... No, nie ważne, może po prostu zagrzebię się w piachu i będę udawać wydmę (zabiorę ze sobą zestaw suszonych traw, dla niepoznaki), a jak wrócę opowiem wam, jak wygląda słońce.


Friday, August 05, 2011

Ten z pierwszym ząbkiem.

Poszłam po wagę, a kupiłam obiektyw. Z duuuuuużym zoomem. Oj tam, oj tam. Całe szczęście, że nie jestem sobie w stanie sama zrobić nim zdjęcia, szczególnie od tyłu bo ten duuuuuuży zoom mógłby DUUUUUUŻO ujawnić ;) W przeciwieństwie do luster w Zarze, których nienawidze - nie wiem, ile trzeba ważyć, żeby NIE wyglądać w nich jak trzcina. Nie wspominając nawet o tym, jak przykry jest potem reality check w konfrontacji z lustrem w domowych pieleszach.
Dobra, ale basta - w końcu ile można (literalnie) o dupie? :)

Zmieniając temat - KNK chrzci bratanka. Jutro. Wczoraj wieczorem postanowił kupić prezent. Proponowałam chomika, ale nie chciał na to pojść, sama nie wiem czemu. Pan w sklepie proponował pudełeczko na pierwszy ząbek (?! - znaczy co, jak wyrośnie koniecznie wyrwać  włożyć do pudełeczka?!), ale po tym jak chcieliśmy wziąć dwa, na pierwszy i ostatni, temat jakoś upadł.

Sprawa jest o tyle kiepska, że kompletnie nie nadaję się na rodzinne imprezy kościelne - mam nadzieję, że uda mi się jakoś przeżyć ten weekend...


Monday, August 01, 2011

Ten ze sprawą dużej wagi.

No co tu dużo mówić - umawialiśmy się, więc wszystko się zgadza: słońce świeci, niebo, tak dla odmiany jest niebieskie, mszyce żrą mi różę jak opętane... A nie, na mszyce się nie umawialiśmy. Można nawet zaryzykować, że niechybnie jestem czarownicą. Co prawda nie mam ani sztucznego nosa, ani kurzajki, ani nawet nie udało mi się zamienić nikogo w trytona (nie to, żebym próbowała...) ale na przykład podziwiając moje popisy taneczne, można zastanawiać się czy przypadkiem nie jestem zrobiona z drewna. Obawiam się, że ostatecznie wszelkie wątpliwości rozstrzyga fakt, że nie ma wystarczająco wielkiej kaczki...


Tym sposobem poruszyliśmy temat co najmniej drażliwy...Wielkiej Kaczki. Kim Kardashian prześwietliła sobie jakiś czas temu tyłek, żeby udowodnić światu, że jest prawdziwy. Co prawda ciężko mi wyobrazić sobie komu wątpliwości w tym temacie mogłyby spędzać sen z powiek ale za to im dłużej o tym myślę (czyli od jakiś kilku minut) tym bardziej jestem w stanie zrozumieć, że ta Młoda Dama pragnie pokazać światu, że to coś co ciągnie się za nią w partiach tylnych nie jest wytworem jej szalonego kaprysu a okrutnej matki natury. Smutna prawda jest taka, że zupełnie wbrew własnej woli gonię Kim w zastraszającym tempie - niedługo to ja i mój tyłek staniemy sie obiektem zainteresowania mediów (chociaż nie wiem, czy będę potrafiła tak przekonywująco wmawiać światu, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi i wcale a wcale nie chciałabym być wiotka jak trzcina) a biedna Kim będzie mogła przejść na medialną emeryturę. Tyle że jakoś mi się do tego zainteresowanie mediów moim skromnym ja (oraz nieskromnymi partiami tylnymi) nie śpieszy i dlatego podjęłam życiową decyzję - od dziś moimi przyjaciólkami najlepszymi będą dieta i WAGA. Boże, jestem taka podekscytowana - moja pierwsza waga w życiu! Biegnę do sklepu!

Saturday, July 30, 2011

Ten z produktem latopodobnym.

No dobra, przebrala sie miarka - umawiamy sie tak, ze pojutrze zaczyna sie sierpien, a wraz z nim zaczyna sie lato. Przeciez ile mozna? Jak dalej tak pojdzie, wyrosnie mi blona miedzy palcami i bede musiala wyrzucic wszystkie rekawiczki - to dopiero byloby marnotrawstwo! No, to mamy jasnosc. A, i za komary tez juz podziekujemy - wyrobily norme na nastepna pieciolatke.

(skrycie podejrzewam, ze tegoroczna aura sponsorowana jest przez moj nowy kapelusz slomkowy, ale o tym ćśśśś....)

Skoro zaczyna sie sierpien, to zgodnie z postanowieniem biore sie za szukanie pracy. Czy wspominalam juz, jak bardzo nie cierpie chodzic na rozmowy kwalifikacyjne? I do jakiej pasji (tak, to prawda - do szewskiej) doprowadzaja mnie wypindrzone niunie z personalnego zadajace ten sam zestaw pytan zaczerpniety z lektury "Job interviews for dummies"? I ze za kazdym razem, kiedy slysze pytanie "Gdzie widzi sie pani za 10 lat?" mam ochote odpowiedziec, ze na hamaku na Seszelach z drinkiem z palemka w reku? Oraz ze niewiele mi brakuje, zeby kolejnym razem rzeczywiscie tak odpowiedziec? Tak wiec mysle, ze od bezrobocia dzieli mnie tylko niewyparzona geba, ale mam nadzieje, ze sie jakos pohamuje :)

Wednesday, July 27, 2011

Ten z podrozami pociagiem, ktore skracaja czas podrozy koleja.

Przez ostatnie tygodnie napisalam kilkanascie postow, glownie wyimaginowanych - standardowo brak mi przelozenia glowa - klawiatura. Czasami brak mi tez glowy, ale to juz zupelnie inne historia (chcialoby sie powiedziec, ze to inna para kaloszy, ale jakos jesli chodzi o glowe, no to ewentualnie beret z antenka, ale kalosze? Moglby byc czepek, zeby utrzymac konwencje gumowego okrycia, tyle ze czepkom mowie stanowcze "nie!" - z zelazna konsekwencja unikam akwenow wodnych na ktorych obowiazuje nakaz noszenia tego upokarzajacego nakrycia glowy). Dodatkowo siadlo mi morale, i jakos wszystko bylo mi nie po drodze.

Zaczelo sie od tego, ze w wyniku pewnych zawirowan rozstalam sie z Korpo. Znienacka. Niespodziewanie. Definitywnie. "Oj tam, oj tam - zdarza sie" pomyslalam i wraz z grupa ludzi obutych w kalosze (co z tymi kaloszami dzisiaj?!) pojechalam "swietowac muzyke" oraz przeklinac pogode (w sumie nie wiem co bardzej).

W tym miejscu chcialabym serdecznie pozdrowic Polskie Koleje Panstwowe, czy jak tam teraz sie nazywaja, i przeslac wszystkim pracownikom (po) kolei czule usciski za zafundowanie mi (za moje wlasne srodki ;)) tej niezapomnianej podrozy:
  • pociag Nad Morze ruszyl z Centrum Wszechswiata o 7, zamiast planowanej 5, bo w Katowicach ktos sie pod niego rzucil (jestem tak wyjatkowa, ze nie rzuca mi sie pod nogi kłód, tylko samobojcow);
  • w Nasielsku stalismy ok. godziny w oczekiwaniu na karetke, poniewaz, jak doniosl nasz "salowy" (bo jak inaczej nazwać osobe obslugujaca pasazerow w wagonie z kuszetkami?) ktos zaslabl (w glebi ducha podejrzewalam, ze kogos szlag trafil po tym, jak zobaczyl toalete w pociagu przemierzajacym glowne miasta Europy Centralnej, ale jak okazalo sie, o czym rowniez doniosl "salowy" jakas mloda dama zle sie poczula po spozyciu zbytniej ilosci alkoholu. Na sniadanie?! I az takiej, ze musieli ja reanimowac?!);
  • nastepnie pociag stal dluzszy czas w polu, ot tak, po prostu. Ktos rzucil niewinny zarcik o handlarzach zlomu i znikajacych szynach, co wagon podchwycil i powtarzal niczym mantrę, podkreslając swoje podejscie do tematu wybuchami histerycznego chichotu;
  • po 10 godzinach w podrozy, z czego 8 na gornej polce kuszetki mialam ochote biec przez miasto z pila tarczowa i mordowac niewinne duszyczki. Dodam, ze gorna polka nie kwalifikuje sie na dostep powietrza, a poniewaz pociag pamietal czasy, kiedy to Towarzysz Gierek bawil sie w piaskownicy w krotkich majtkach, odmawiam odpowiedzi na zdziwione pytania :"to klimatyzacja nie dzialala??"
Ale bron boze, nie narzekam, gdyz nastroje w pociagu byly iscie szampanskie (jesli nie liczyc braku szampana, ktorego PKP serwowalo pewnie ostatni raz w jakims XVIII wieku).

Przez następne kilka dni 'Świętowanie muzyki" szlo mi wyjatkowo dobrze, szczegolnie w poziomo padajacym deszczu (ktory, nawiasem mowiac, udalo nam sie odczarowac juz nastepnego dnia nabyciem plaszczy foliowych w hurtoych ilosciach). W miedzyczasie dzialo sie malo i wiele, np. stracilam, jak podejrzewam, przyjaciela (gdyby na chrzcie dano mi Elzbieta, moglabym w tej chwili zanucic lirycznie) z ktorym wymienilam kilka smsowych zdan:

P: Jak bylo na The Strokes? Dali rade?
Ja: Nie wiem, jadlam kielbase.

Krotko, tresciwie, szczerze. Przyjaciel nie odezwal sie do dzis :)

Odkrylam rowniez, ze jestem stara, zgorzkniala frustratka, poniewaz mlodziez wyjatkowo dziala mi na nerwy a do tego uwazam, ze wszyscy w wieku 13-18 lat wygladaja tak samo, co nie przeszkadza im myslec, ze sa indywidualnosciami ponad wszystko i wszystkich. Zaczynam bac sie samej siebie, bo co bedzie dalej? Stale zwiekszajaca sie liczba kotow? Straszenie dzieci w parku? Machanie torebka na golebie? Pielgrzymka do Lichenia? Moze lepiej skoncze, zanim przyjdzie mi do glowy SLUCHANIE RADIA MARYJA...

Po powrocie mialam bardzo bogate plany wziecia sie za to i owo, a skonczylam leniac sie na sofie, czytajac i ogladajac deszcz przez szybke. Mam wrazenie, ze mieszkam na polu ryzowym. I ze moj blok lada chwila odplynie,  niczym biurowiec ksiegowych w Sensie Zycia - nie ma tego zlego, w razie czego bede nawigowac na jakies bardziej sloneczne rejony.

Thursday, July 21, 2011

Ten z miloscia rodzicielska.

Portale plotkarskie doniosly, ze Fryzjer, Ktory Pewnego Dnia Zapragnal Byc Celebryta, wystapi w Tancu z Gwiazdami.

Przyjaciolka: moze Ty niedlugo zatanczysz w TzG, jako klientka slawnego celebryty?
Matka Rodzicielka: w parze z celebryta...
Ja: no, to dopiero bedzie widowisko!
Matka Rodzicielka: a ja wydlubie sobie oczy, zeby tego nie widziec.

I to sie nazywa milosc rodzicielska...

(a ja nie moge sie doczekac, az pokaze tylek skapo okryty cekinami polowie Polski!)

Wednesday, July 20, 2011

Ten z ziemi ojczystej.

No to wrocilam z tego Paryza. Nie zaliczylam zadnego manage a trois, nie pocalowalam zadnej zabki w lapke ani w inne udko i z rozczarowaniem odkrylam, ze nie sprzedaja tam beretow z antenka ani sznurow z cebula (za pomoca ktorych mozna ucharakteryzowac sie na francuskiego sprzedawce cebuli wedlug wskazowek zawartych w "Allo, Allo").

Pogoda nie sprzyjała romantycznym spacerom wzdluz Sekwany, wieza Eiffla sprawia wrazenie lekko przyrdzewialej (i z bliska zdeczka rozczarowuje) a najwiekszy tłum zebrał się w kolejce do Abercrombie, z czego wnioskuje, ze t-shirty zza oceanu sa najwieksza atrakcja Paryza. No, ale w sumie moze kiedys wybiore sie tam na troche dluzej niz pare godzin? (i nie mam tu na mysli kolejki po bawelniana konfekcje ;))

Sunday, July 17, 2011

Ten z planem podrozy.

Lece jutro do Paryza. Na lunch. Oj taka jestem swiatowa, ze sniadanie jem w Warszawie (chociaz zdecydowanie lepiej komponowaloby sie tu sniadanie na Plutonie), lunch w Paryzu a kolacje... hm... kolacje to jeszcze nie wiem, zastanowie sie nad tym pozniej...

Nigdy nie bylam w Paryzu. Korzystajac z okazji, postanowilam zobaczyc co - nieco, ot taki tam pakiet turysty w stylu wieza Eiffla i sklep z bagietkami oraz kilku facetow w beretach malujacych obrazy nad Sekwana. No, taki przynajmniej byl plan, ale obawiam sie, ze czasu moze mi starczyc jedynie na szybki french kiss i french manicure. Oj tam - go with the flow, jak to mowia medrcy, a co bedzie, to bedzie. Moge sie nawet ograniczyc do tego calowania, nie przeladowujmy programu.

Tuesday, June 21, 2011

Ten ze świętem wiosny pierwszego dnia lata.

W ramach obcowania z kulturą i sztuką zafundowałam sobie  "Święto wiosny" w Teatrze Wielkim. "Święto wiosny" objawiło się trzech, nie będę ukrywać że zaskakujących, odsłonach:

Odsłona pierwsza:
Przedstawienie szkolne. Hasają kompletnie niezsynchronizowane krasnoludki w kolorowych czapeczkach i indianie w różnym wieku, w tle jakieś monidełko, ktoś jakby pogięty przez lumbago macha bambusowymi witkami. Brakuje tylko Hugh Granta śpiewającego "Killing me softly". W drugim akcie, poprzedzonym prezentacją na kurtynie pracy nagrodzonej w konkursie rysunkowym dla klas 3-7, na scenie oprócz krasnoludków, ciągle pląsających bez ładu i składu, pojawiają się pingwiny. Ok, istnieje uzasadnione podejrzenie, że były to niedźwiedzie, ale ja będę się upierała przy pingwinach. Potem pojawia się Zdzicho i rozgania towarzycho. W międzyczasie cichutko i niezauważenie udaje mi się zmrużyć oko. W czasie oklasków zaczynam podejrzewać, że krasnoludki mają problemy z układem kostnym, bo jakoś tak koślawo stoją. Kurtyna!

Odsłona druga:
Odsłona druga pozbawia mnie oddechu. Pięć osób kładzie w mroku na czerwonym dywanie na łopatki całe rzesze krasnoludków i pingwiny w niedźwiedziej skórze razem wzięte. Mniam!


W przerwie w toalecie podsłuchuję rozmowę:
- ... jestem dogłębnie poruszona tak fantastycznym połączeniem tego pogańskiego tańca ze zmysłową salsą... (tu następuje dogłębna analiza przedstawienia)
- A mi się trochę przysnęło (rozmówczyni przynajmniej jest szczera ;))

Odsłona trzecia:
Na scenie pojawia się 22 mężczyzn w kolorowych trykotach (policzyłam!).
Jak zwykle w takich sytuacjach zaczynam zastanawiać się, czy młodzieńcy tańczący w balecie sobie wypychają (a jeśli tak to czym?!).
I czy któryś się zbuntował, że w zielonym trykocie to on nie będzie tańczył, bo mu w zielonym nie do... twarzy, i że chce brązowy.
Dwudziestu kolorowych chłopców biega, podskakuje i wkręca żaróweczki. W drugim akcie pojawiają się dziewczęta. Myślami nadal jestem w plątaninie z odsłony drugiej. Też tak chcę, tymczasem po weekendowych rozrywkach moje kolano mowi "O nie, nie, nie, nie, nie!".

Dobrze, że już lato.

Friday, June 17, 2011

Ten bez reszty.

Jakoś mnie tak pochłonęła ta wiosna bez reszty.
Podlewanie kwiatków i leniwe sączenie niskoalkoholowych trunków zajmuje mi tyle czasu, że kompletnie nie jestem w stanie pozbierać myśli. I nijak nie pomaga tu fakt, że aktualnie pracuje 3 godziny dziennie. Rozważam zatrudnienie asystenta. Asystent musi się zaczynać od jakiegos metra osiemdziesiąt sześć, żeby mi ładnie do szpilek pasował. Musi się nosić z taką elegancką nonszalancją. Błyskotliwy i dowcipny musi być. Nie może obgryzać paznokci (ani ich malowac! Naprawde nie wiem skąd się biorą te manicurzystki malujące facetom paznokcie i wmawiające im, że broń boże, nic nie widać, bo ten lakier, proszę Pana jest BEZBARWNY). W sumie to mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ale nie oszukujmy się, że uda znaleźć się ideał ;)

Tymczasem był międzyczas, a w międzyczasie, między innymi odbyliśmy z KNK oraz jego potomstwem (w liczbie sztuk: 2) podróż do Centrum Dowodzenia Mniejszą Częścią Wszechświata, czyli do Brukseli. Bez rozczarowania stwierdzam, że nie serwują tam brukselki (nigdy, przenigdy nie przekonam się do tych małych śmierdzących kapustek). Serwują za to ilości kalorii nijak nie mieszczące się w jakichkolwiek dietach, więc odradzam podróż do tego dziwnego kraju państwu z planem żywieniowym uwzględniającym jakąkolwiek zamkniętą liczbę kalorii (chociaż nie zapominajmy, że kilogram obywatela z wyższym wykształceniem szczególnym dobrem narodu).

Ciepłe powitanie.
Centrum dowodzenia wszechswiatem.

W Brukseli odbyl sie maraton w ktorym  biegli Szkoci...
... baletnice...
... klauni...
... psy oraz KNK, który biegł tak szybko, że nie został ujęty na żadnym zdjęciu. Nie bieglam natomiast ja, poniewaz uwazam, ze technika na tyle poszla naprzod, ze mozna znalezc inne sposoby na przebycie 20 kilometrow. Nie mam tez zapedow samobojczych. 
20km można na przykład przebyć rowerem, w pojedynkę...
... lub parami.
Nasi tu byli.
Siusiający chłopiec...
... po konfrontacji z wycieczką z Polski nabrał (trochę) ogłady (o kwestiach doboru stroju porozmawiamy następnym razem)
Mit o przebywaniu na wczasach odchudzających obalają słodkości...
... i jeszcze trochę...
... i jeszcze tu...
.... i tu....
Całe szczęście, że zawartość cukru w cukrze jest niska ;)
Chociaż niektórzy ze wszystkich łakoci najbardziej lubią kebab (a jeszcze inni boczek ;))
Na koniec jeszcze tylko zestaw miłych dźwięków...
...w doborowym towarzystwie...

... o szerokich horyzontach muzycznych.

Wednesday, May 18, 2011

Ten, w którym kurka się udomawia.

Z ukontentowaniem stwierdzam poprawe warunkow atmosferycznych. Wyznaje zasade ze im cieplej, tym lepiej, co tlumaczyloby dlaczego pomysl wyprowadzenia sie na jakis czas na Filipiny wydaje mi sie coraz mniej niedorzeczny. Ponieważ jednak póki co nigdzie na dłużej sie nie wybieram, oddałam sie pracom ogrodniczym i oto mam balkon pełen kwiatow. Dzis planuje jeszcze posadzic różę, posprzątać i sezon letni będę mogła uważać za otwarty. I żeby nie było, że taka ze mnie ogrodniczka - nienawidze babrać się w ziemi. Uwielbiam za to pić wino w sprzyjających okolicznościach przyrody, a okoliczności przyrody sprzyjają przesiadywaniu na balkonie tak długo, jak długo pamiętam o tym, że rośliny należy podlewać REGULARNIE. Rośliny podlewane nieregularnie (lub nie podlewane wcale), zupełnie nie wiadomo dlaczego, robią się suche i bure i przestają być fajne. (Sucha na przyklad zrobila sie choinka, której właśnie się pozbyłam  i tego to juz zupelnie nie rozumiem - liczyłam, że razem ze światełkami, które na bank zaburzają widoczność lądującym niedaleko samolotom, dotrwa do przyszłych świąt, a ona wywija mi taki numer?) Czy gdybym zrezygnowała na dłużej z wody też zrobiłabym się sucha i bura? Może lepiej nie będę sprawdzać... Wizja mnie na balkonie z książką i butelką borsukowego wina (Stary Borsuk robi najlepsze wino na świecie i biada temu, kto twierdzi inaczej!) nastraja mnie mega optymistycznie, więc, jak znam życie, na weekend pogoda na pewno się spieprzy i będziemy z Kotem smętnie obserwować świat zza szyby... Ale pomartwię się tym później, teraz posiedzę i pomyślę, co zrobić ze szparagami, które mam w torebce, tuż obok portfela i szminki :)

Wednesday, May 04, 2011

Ten z końcem mocy niemocy.

Jakoś kompletnie nie było mi z pisaniem po drodze ostatnimi czasy. W międzyczasie:

- byly Święta, ktore szczególnie hucznie obchodziła moja kiełkująca nadwaga (nawiasem mówiąc znowu zaczynam podejrzewac, ze zostalam adoptowana - osoba, ktora piecze TAKIE mazurki na pewno nie moze byc moja matka poniewaz ktos, z kim lacza mnie wiezy krwi NIGDY by mi czegos takiego nie zrobil)

- odbyłam wycieczkę na Zachód od Odry (jak to dumnie brzmi), wioząc ze sobą siatę z dwoma chałkami i czterema słoikami dżemu Łowicz w ramach suwenriry z macierzy (niestety nie było zapotrzebowania na mendel jaj i gęś z szyją przewiązaną szmatką smętnie zwisającą z koszyka). Wycieczka na Zachód od Odry jak zwykle pogorszyła moje samopoczucie, gdyż po raz niewiadomoktóry skonstatowałam, że tam oto i tylko tam jest moje miejsce na ziemi tylko jakos chwilowo kompletnie mi tam nie po drodze. Ale ale... wycieczka miala tez swoje dobre strony, gdyż jak wiadomo podroze ksztalca i to nie tylko - robia tez dobrze na samopoczucie! Szczegolnie, jesli w wieku lat 35 zostaje sie wylegitymowanym pod klubem, poniewaz wzbudza sie podejrzenia bramkarza, dotyczace wieku. Brawo! Co prawda wydaje mi sie, ze jego nieufnosc wzbudzila glownie moja wspoltowarzyszka, regularnie legitymowana w monopolowych, ktora sah extrem jung aus, ale nadal czuje sie wzruszona faktem, ze bez udowodnienia pelnoletnosci nie chcial wpuscic ani jej, ani mnie ;-). Poniewaz ksiezniczki, zupelnie jak potrzaskane, ruszyly w miacho bez jakichkolwiek dokumentow, a telefon, 50 Euro i szminka kiepsko potwierdzaja tozsamosc, zdecydowalam sie w koncu pojsc na calosc, pogrzebac resztki dumy i pozegnac marzenia o dorownywaniu zagadkowsocia Macie Hari i wypalilam "Ale ja mam 35 lat!". Tu bramkarz podskoczyl nerwowo i spojrzal na mnie z takim przerazeniem, jakby zobaczyl ducha co najmniej Elvisa albo Najmniejszego z Prezydentow. Nastepnie skapitulowal i nas wpuscil - mysle, ze uznal, ze zadna kobieta nie posunelaby sie do tak absurdalnych klamstw, dodajac sobie lat, szczegolnie kiedy stoi za nim kilkunastoosobowa kolejka mlodych ludzi plci przeciwnej :-D

- odbylam druga wycieczke na Zachod od Odry, do miejsca zgola innego,tym razem zdecydowanie ostatniego na liscie "moich miejsc na ziemi" gdzie w hotelu codziennie, punktualnie o godzinie 6 rano budzil mnie budzik sasiada mieszkajacego w pokoju obok. Co ciekawe - budzik budzil mnie, sasiad natomiast pozostawal niewzruszony, a po przepisowych 15 minutach budzik wylaczal sie sam. Po dwoch dniach zaczelam podejrzewac, ze za sciana brak jakiejkolwiek inteligentnej formy zycia (budzik sie nie liczyl) i zastanawialam sie, czy powinnam zglosic fakt zalegania zwlok. Dodatkowo hotelowa mocno krochmalona koldra pachniala OBCYM mezczyzna (gdybym go chociaz znala przelotnie, ale nie - byl zupelnie obcy!) , toaleta natomiast... no zalozmy, ze nie pachniala. No, a przynajmniej nie pachniala tak, jak powinna pachniec przy tych pieciu gwiazdkach, ujmujac to bardzo delikatnie :)

- byla majowka, podczas ktorej nijak sie nie maiło. Obudzilam sie w niedziele i to co zobaczylam za oknem przeszlo calkowicie moje najsmielsze oczekiwania, dotyczace majowej aury. Pomyslalam, ze zamkne oczy, a kiedy ponownie je otworze, za oknem znowu bedzie maj. Mrugalam tak caly weekend, az spuchly mi powieki. Dzisiaj, kiedy zobaczylam na termometrze 0,7°C juz nawet nie mialam sily mrugac... Zaczynam powaznie rozwazac mozliwosc uzyskania 'azylu klimatycznego' w jednym ze srodziemnomorskich zakatkow (skoro mozna otrzymac azyl polityczny, to taki za niesprzyjajacy klimat atmosferyczny tez sie nalezy, inaczej bedzie foch). Dodam, ze z majowka laczylam pewne plany, ktore wlaczaly: rower, fotel na balkonie, skrzynke wina od Starego Borsuka oraz trzy worki ziemi, ktore pod wielka presja nabyl dla mnie KNK (powiedzialam, ze jesli wroce z Rzeszy i na balkonie nie znajde workow z ziemia, do ktorej moglabym powtykac rosliny kwitnace bedzie to oznaczalo niechybny koniec naszej znajomosci).

Tuesday, April 05, 2011

Out of Africa.

A zatem wrocilam, po zaledwie 24 godzinach w podrozy i przeswietleniu przez polskie sluzby celne (sluzby celne innych narodow nie uwazaly mnie za element przemycajacy kontrabande z krajow zasobnych w zloto, uran i diamenty ale panu w zielonym ubranku moja wysmagana afrykanskim wiatrem aparycja wydala sie najwyrazniej mocno podejrzana). Wrocilam mimo, ze wcale wracac nie chcialam, bo na wakacjach bylo mi najzwyczajniej w swiecie dobrze. W ramach pamiatek z podrozy przywiozlam sobie sznur koralikow z dziwnych nasion (kiedys to biali przywozili koraliki czarnym...), drewniana miseczke oraz nadwage - naprawde nie jestem w stanie powiedziec, ktora pamiatka cieszy mnie najbardziej ;). Ale, cytujac klasyka, "I'll be back" - Afryke wpisuje na pierwszym miejscu listy idealnych wakacyjnych miejsc. Ale ćśśś, nikomu ani slowa, zeby sie po ludziach nie roznioslo, bo fajne bylo to, ze przez przeszlo dwa tygodnie nie spotkalismy tam ani jednego Polaka (wiem, w tym miejscu moj patriotyzm mocno kuleje, ale polskiego turysty nie lubie bardziej niz brukselki i kotletow mielonych razem wzietych).

Friday, March 11, 2011

Ten z wiatrem, co porywa do chichotu.

Ok, przyznaję się bez bicia - mam psychikę sześciolatki :) Niezmiennie bawi mnie sytuacja, kiedy wiatr porywa panu czapkę z głowy i pan tą czapkę goni. Za każdym razem, jak tylko zbliży się do niej na wyciągnięcie ręki, czapka niczym na magicznym sznurku robi "hop" i odskakuje parę metrów dalej. Co więcej, zawsze trafia to na starszych panów, którzy gonią czapkę dostojnie i z godnością, z głową wysoko podniesioną, w lekkim przykucu. Hihihi.

Tuesday, March 08, 2011

Ten z suplementem do tego z szalenstwem zakupów.

KNK nabyl wczoraj buty. Na safari. Brzmi dumnie, chociaz w sekrecie nie bardzo wiem, czy te nowe buty roznia sie od takich, ktore juz ma, oprocz, oczywiscie logo z wilczą łapką. Ale oprocz butów nabył też skarpety, na ktore wydal całe 30 złotych. Też mają logo z wilczą łapką, oprócz tego nie różnią się wiele od zwykłych skarpet. Pytam się go zatem, jaki impuls spowodował decyzję o tym zakupie (z czystej ciekawości i złośliwości, w końcu to jego skarpety, nie moje ;))
- No, bo buty przymierzyć musiałem.
- Ale to jak, poszedłeś do sklepu bez skarpet? Przy tej temperaturze??
- No nie, miałem skarpety...
- No i co, nie pozwolili Ci w nich tych butów mierzyć?
- Pozwolili, ale pan powiedział, że takie buty to trzeba przymierzać na grube skarpety, a ja miałem tylko takie zwykłe...
- Hm... w sumie dobrze że nie powiedział Ci, że takie buty to można tylko na trzy pary grubych skarpet przymierzać i jeszcze trzeba mieć na sobie specjalne spodnie...
- Oj, bo ja nie jestem taki asertywny jak ty! - żachnął się KNK, zostawił mnie rozchichotaną na sofie i poszedł wyganiać z pudełka po nowych butach Kota, która właśnie zadomawiała się w nim na dobre.



"Pewnie że nie jest" - pomyślałam i zajęłam się czym innym. Założę się, że jedną z tych lanserskich skarpet pralka zeżre już w pierwszym praniu, gdyż jak wiadomo, pralka ZAWSZE pobiera haracz w postaci jednej skarpety. Zastanawiam się tylko, gdzie się te wszystkie skarpety mieszczą? Oraz muszę zapamiętać, żeby jak kiedyś mi się pralka popsuje (tfu, tfu, tfu), sprawdzić czy serwisant ma dwie takie same skarpety - może im pralki oddają?

PS. Kot w temacie mieszkania w pudełku zachowuje się dokładnie tak, jak kot Simona.

Monday, March 07, 2011

Ten z kulinarna porazka.

W walce ja kontra nalesniki z maki razowej po czterech rundach nalesniki wygraly 4:0. Walka byla nierowna, nalesniki oszukiwaly na calej linii a dodatkowo podejrzewane sa o stosowanie dopingu. Rewanz nie jest przewidywany.


Ide ugotowac makaron.

Friday, March 04, 2011

Ten z szalenstwem zakupow.

Udalismy sie wczoraj z KNK na zakupy, poniewaz, jak twierdzi, nie ma odpowiedniego obuwia na safari. Po 3 godzinach spedzonych w centrum handlowym (!!!) i ogladaniu coraz to drozszych i coraz to bardziej wymyslnych par butow, zaczelam zastanawiac sie czego on sie po 4-dniowym safari spodziewa? Zaczelismy calkiem skromnie, konczac na butach, ktorych nie powstydzilby sie Bear Grylls - "w czasie naszej podrozy KNK odwiedzi jedne z najbardziej surowych i nieprzychylnych czlowiekowi zakatkow Afryki, zmierzy sie z najdzikszymy bestiami zamieszkujacymi te tereny i bedzie musial uzyc swych niesamowitych umiejetnosci aby zapewnic sobie i swojej partnerce przezycie w tych wyjatkowo ciezkich warunkach".

Dodatkowo na liscie zakupow pojawily sie:

- spray na lwy

(TV zapuscila ostatnio "Did you hear about the Morgans?" i wzorujac sie na bohaterskiej postawie Hugh Granta, KNK postanowil zaopatrzyc sie tez w spray na lwy. Ciekawe, czy zamierza stosowac go z podobna skutecznoscia jak glowny bohater filmu stosowal spray na niedzwiecie? I czy w ogole istnieje cos takiego jak spray na lwy? A na niedzwiedzie? Moze podlozyc my spray na komary z podmieniona etykieta - przynajmniej bedzie z tego jakis pozytek? I czy nasze wakacje zaczynaja mnie coraz bardziej przerazac?)

- kąpielowki

(tu musialam przeprowadzic wyklad z serii "co mysle o lajkrowych speedosach i dlaczego nie uwazam ich za stroj odpowiedni na plaze". Argumenty, ze KNK lubi sobie poplywać nijak do mnie nie przemawiaja - nie wykupujemy dwutygodniowego karnetu na basen a ja nie wiaze sie z ekshibicjonistami)

- skarpety

(poprzedzone wykladem czemu grafitowe skarpety nie sa odpowiednie do krotkich portek i dlaczego? Do grafitowych w komplecie zaproponowalam pare gustownych sandalow, przynajmniej mielibysmy klasyke polska w wydaniu wakacyjnym :))




Dzis, w ramach bonusa, KNK dorzucil temat klapek Zico - zaczynam powaznie traktowac kilkakrotna prosbe jego Matki o to, zeby sprawdzic mu bagaz przed wyjazdem, z tym ze ona prawdopodobnie martwila sie, ze zabierze ze soba caly dobytek (KNK jest mistrzem pakowania sie, ostatnio na weekened u Rodzicow spakowal sie w walizke i plecach 65-litrowy) a ja raczej przejmuje sie tym, ze namecze sie wycinajac go potem ze wszystkich zdjec w photoshopie.




PS. a co ja mam z tych 3 godzin spedzonych na zakupach? Dwa, jak sie okazalo dzis rano męskie (!), sweterki. Ale przysiegam, wygladaja jak damskie, z reszta nie podejrzewam, ze ktorykolwiek ze znanych mi mezczyzn zalozylby cos takiego. Mam tylko nadzieje ze nie wyrosna mi od nich wlosy na klacie.

PPS. A moze KNK powinien puscic swoje cv do Diora? Maja tam akurat wakat po Galliano, a mysle, ze w kategoriach ekscentryczny ubior panowie mogliby smialo ze soba konkurowac :) KNK co prawda twierdzi, ze czeka na wakat po Berlusconim, ze wzgledu na atrakcyjniejszy pakiet socjalny, ale badzmy szczerzy - w klapkach zico, grafitowych skarpetach i lajkrowych majtkach odpadnie w przedbiegach.

Thursday, March 03, 2011

Ten z Tłustym Tym i Owym.

Doooobra, nie rozmawiajmy juz o chorobach. Trochę jestem kostropata jeszcze, ale na szczęście nie na twarzy, więc da się z tym żyć :)

A żyję ostatnio w kompletnym niedoczasie i niedospaniu. W tym niedospaniu wyprasowałam sobie wczoraj portaski z serii "do pracy", których jakieś pół roku albo i dłużej nie nosiłam (i nie to, że tyle w pracy nie byłam - postanowiłam po prostu być damą i nosiłam sukienki). Wyprasowałam, "odkociłam" (Kot zostawia swoje ślady wszędzie gdzie wlezie) i założyłam. A potem chciałam zapiąć. Suwak nawet poszedł, owszem, ale potem pojawiła się kwestia guzika i dziurki, które w tajemniczych okolicznościach zmieniły położenie, i oddaliły się od siebie o kilka centymetrów skutecznie uniemożliwiając połączenie ich estetycznym dueciku. Wciąganie brzucha nic nie dalo. Od tamtej pory mam kryzys, który można nawet podciągnąć pod kryzyzs egzystencjalny, gdyż nie mogę żyć pulchną będąc. A tu, niczym gwóźdź do trumny, pojawił się Tłusty Czwartek. Żeby nie oszaleć przyjęłam teorię, że w Tłusty Czwartek pączki mają zero kalorii i zerową zawartość cukru w cukrze. I tej teorii zamierzam się trzymać - smacznego!

Tuesday, February 22, 2011

Ten bez chorób wieku dziecięcego. No, nie tak do końca...

Ospa ustępuje. Właściwie to całkowicie się wycofała, pozostawiając po sobie krajobraz jak po bitwie. Nie przeszkadza mi to jednak uprawiać szeroko zakrojonej lanserki na pierwszą chorą Rzeczpospolitej (halooo, ile z was w wieku powyzej trzydziestki moze poszczycic sie ospą?) w związku z czym unikam kontaktu ze światem zewnętrznym. Tak naprawdę to zamierzam przetrwać na zwolnieniu kolejny atak zimy - odmawiam funkcjonowania w temperaturach poniżej zera. Tyle, że akurat kiepsko się składa, bo dziś muszę pojechać z Kotem na wyjęcie niebieskiej nitki z brzucha - w sumie to ani Kotu ani mi ta niebieska nitka nie przeszkadza, a nawet dość wyjściowo do koloru oczu Kotu pasuje, ale kazali wyjąć, to wyjmę... Mam tylko nadzieję, że nic się z Kota przy okazji nie wysypie.

Ponieważ, jak już wspomniałam, mróz interesuje mnie tylko za oknem, zmuszona byłam przygotowac obiad z produktow dostępnych w lodówce. Na szczęście nie skończyło się na musztardzie i stęchłym kawałku sera (co w sumie można byłoby podciągnąć pod Dietę Cud) - znalazlam sznycel krowi, tyle że z krowy, która chyba była już na ostatniej prostej do świętosci, kiedy niespodziewanie ją ubili. Myślę teraz, że gdybym usmażyla dobrze przyprawioną podeszwę ze swojego conversa, smakowałaby dość podobnie. To by w sumie było na tyle, jeśli chodzi o pyszną wołowinkę dostępną w Mieście Stołecznym - mam wrażenie, że wszystkie fajniejsze krowy albo zostały już zjedzone, albo przekwalifikowały się na mleczne. Oprócz wiekowej krowy kuchnia serwowała warzywa, ale warzywa akurat były ok, tyle że nie mogę jesc samych warzyw, gdyz jak już wspominalam od warzyw tyję, a to nie jest pożądany efekt uboczny.Oj tam, pocieszę się winem, na deser :)

Sunday, February 20, 2011

Ten z chorobami wieku dzieciecego - dzien 7.

W Dniu Siódmym jestem jakby mniej kostropata. Jakby. Ale niewiele. Nie walczę też z potrzebą drapania się w najbardziej zaskakujących momentach i miejscach. Unikam luster i gładkich powierzchni, w których mogłabym zobaczyć swoje odbicie - obawiam się efektu bazyliszka, a nie chciałabym wylądować w nagłówkach tabloidów jako "Kobieta po trzydziestce, którą zabiło własne odbicie w lustrze". Na pocieszenie pomalowałam paznokcie oraz usiłowałam pomalować rzęsy, ale okazuje się, że ospa nie oszczędza nawet powiek - no comments. Spędzam wieczór pijąc wino i oglądając "Sex & The City" - mam potrzebę oglądania atrakcyjnych ludzi. Oglądałam też jakiś film z Zetą i, olaboga, pomyślałam, że jak juz dorosnę, chcę wyglądać tak jak ona :) - starzeję się, Zeta nigdy mi się nie podobała. Jak dorosnę chciałabym też być jedną z tych kobiet, które ZAWSZE wyglądają, jakby właśnie wyszły spod prysznica, świeżo ułożyły włosy,nic im się nie gniecie i zawsze ładnie pachną. Jedną z tych kobiet w towarzystwie których czuję się jak coś, co wykasłał Kot. Z resztą, biorąc pod uwagę fakt, jak Kot potrafi obłazić, bardzo często dokładnie tak wyglądam ;) Hm... może powinnam zmierzyć gorączkę? 



Thursday, February 17, 2011

Ten z chorobami wieku dzieciecego.

Z serii "Choroby Zakazne Wieku Dzieciecego" doczekalam sie ospy. Oklaski! Kurtyna!

(Uprzedzajac wszelkie watpliwosci spieszę donieść, że nie mam ośmiu lat, zdartych kolan i braków w uzębieniu.)

Piccolo Direttore skwitował mojego maila obwieszczającego niezdolność do pracy stwierdzeniem "you always looked so young".

KNK podekscytował się bardzo faktem, że będzie mógł opowiedzieć w Fabryce, że jego dziewczyna ma ospę i że się spóźnił, bo musiał zawieźć zwolnienie do szkoły :)

Pani Doktor próbowała naprowadzić mnie na trop osoby, która mnie zaraziła. Stanęło na małej ślicznej dziewczynce w kropki, którą spotkałam jakiś czas temu u lekarza, i której mi tak szkoda było, przez te kropki. Mam nadzieję, że swędziało ją bardziej niż mnie. I że z racji młodego wieku NIE dostała psychotropów mających ulżyć jej w cierpieniu (peace! kocham cały świat! oczywiście pod warunkiem, że napiję się syropku ;))

Leżę i swędzę. I myślę jakie jeszcze choroby mnie czekają. W sumie w dzieciństwie chorowałam tylko na świnkę, więc na stare lata mam dość bogate pole do popisu :) Oraz myślę, że skoro w wieku lat trzydziestu ekhm kilku dorobiłam się ospy, to aż strach się bać, kiedy dopadnie mnie trądzik młodzieńczy.

A tymczasem korzystając z mnogości wolnego czasu uzupełnię braki w lekturach szkolnych i pooglądam programy edukacyjne, może puszczą Pi i Sigmę (nigdy nie lubiłam Sigmy).

Thursday, January 20, 2011

Ten z relacją z podróży

KNK zapytał mnie dzisiaj, całkiem znienacka, czy będziemy pisać bloga w trakcie naszej podróży do Nie-Szwajcarii *. Nie mam mam pojęcia, co go naszło ale zaczynam podejrzewać, że snuje plany jakiś spektakularnych przedsięwzięć w trakcie podróży - może postanowił pokazać światu, jak radzi sobie z dziką przyrodą? A może jak zostaje królem afrykańskiej wioski, przysposabia 10 półnagich żon i poluje na lwy?

Ostatnio, w związku z podróżą przyznał się do planów nabycia odpowiedniej (czyli jakiej?!) garderoby - obawiam się, że, wzorując sie na ideałach z dzieciństwa, planuje upodobnić się do Pampaliniego.
Jeśli tak się sprawy mają, nie ma szans, żebym publicznie przyznała się do towarzyszenia mu w podróży (nawet przypadkiem!) - od razu stają mi przed oczami rzesze turystów z Kraju Nad Wisłą nabywających w podróży, głównie w krajach Orientu, lokalne tradycyjne stroje i paradujących w nich z dumą wzbudzając przy tymskrywane chichoty autochtonów.

Dodatkowo, jeśli KNK w ramach jakiegoś mega szalonego pomysłu naprawdę zamierza wystąpić jako Pampalini, chrzanię starania o nieprzybieranie na wadze, i dla siebie wybieram opcję słoń.



* Krewny i Znajomy Królika ostrzegł KNK, że powinien wybić sobie z głowy ten wyjątkowo absudralny pomysł podróży do Afryki, uzasadniająć to faktem, iż "to nie jest Zurich ani Niemcy, to jest inny świat", co oczywiście było dla nas dość dużym zaskoczeniem, ponieważ spodziewaliśmy się łyknąć jakieś cappucino i przekąsić croissanta w przerwie między obserwowaniem hieny po lewej i nosorożca po prawej.

Monday, January 17, 2011

Ten, w którym oczko mu się odlepiło, Panie Kierowniku! Temu misiu!

Zupelnie nie wiem, jak to się stało, ale oczko mi się odlepiło i powoli zaczyna przypominać krwisty befsztyk. Powiem więcej - jest do tego stopnia nieatrakcyjne, a z godziny na godzinę wcale nie lepiej, a gorzej, że postanowiłam odwiedzić jakiegoś medyka. Terminy jakie zaproponował mi System Przyjazny dla Pacjenta były takie, że prędzej niż wizyty u lekarza doczekałabym momentu, kiedy oko mi wypadnie i odturla się w siną dal, ale na szczęście pani na infolinii miała dość bogatą wyobraźnię i opis przypadku na tyle do niej przemówił, że umówiła mnie na dziś.

(Nawiasem mówiąc, muszę przyznać, że umalowanie czerwonego oka jest dość dużym wyzwaniem, jeśli posiada się ograniczoną paletę barw - obawiam się, że wyglądam jak papuga, a w katastroficznych wizjach widzę siebie jako pirata z przepaską na oku.)

Tak, to prawda, postanowiłam dziś poużalać się troche nad sobą, wylansować się na biedną rekonwalescentkę a może nawet jakoś niecnie wykorzystać na to konto KNK - może poleżę na sofie, i każę sobie przynosić różne rzeczy, które nijak nie będą mi potrzebne? ;) Może każę sobie coś poczytać na głos? Może "Nad Niemnem"? Chociaż cokolwiek bym nie zrobiła, i tak nie przebiję KNK, który całkiem niedawno miał PRAWIE 40 stopni gorączki, czyli 37.2 . Starałam się go nawet przekonać, że na przykład na skali od 0 do 100 możnaby uznać, że ma prawie 40, natomiast niestety w skali 36 - 42 nijak się na to 40 nie załapuje, ale obstawał przy swoim i powoli zaczynał żegnać się ze światem - mamrotał coś pod nosem i wzdychał, możliwe, że układał listę tych, z którymi żegnać się powinien, ale chwilę później zasnął, a kiedy obudził się, nie pamiętał, że był umierający....

Thursday, January 13, 2011

Ten z grupą na wadze.

Nie mam w domu wagi. Uważam, że absolutnie zbędny jest mi stres wywoływany przez jakieś bezduszne urządzenie, które będzie mi wypominało każdy gram. W związku z tym jakoś niespecjalnie orientuję się w tym, ile ważę i nie sądzę, żeby do czegokolwiek taka wiedza była mi potrzebna. Z drugiej strony, jak tylko znajdę w czyjejś łazience wagę , nie waham się jej użyć. (To zupełnie tak samo jak z horoskopami - skoro już są w jakiejś gazecie, to czytam, ale zupełnie bez przekonania.)

W okolicach świąt przydażyło mi się użyć pewnej wagi i z przerażeniem stwierdziłam, że albo łże jak pies, jest popsuta lub wagę pokazuje w funtach, albo najzwyczajniej w świecie jest nas już więcej, Polaków. W sumie nie ma tego złego, w końcu "każdy kilogram obywatela z wyższym wykształceniem szczególnym dobrem narodu",  z drugiej jednak strony aż taką patriotką nie jestem ;) Poddałam temat ekspresowej analizie, która wykazała, że przestałam się ruszać i powoli zamieniam się w matkę Gilberta Grape'a, która, z całym szacunkiem, nie wpisuje się w mój kanon piękna... Postanowiłam zatem wprowadzić w życie plan zwiększenia ruchliwości, który chwilowo objawia się nerwowym przekładaniem ciuchów do biegania z miejsca na miejsce - póki co bieganie po zmierzchu (przecież nie będę prezentowała się w trykocie w świetle dziennym!) wiąże się z pewnym ryzykiem... Może ujmę to tak - po deszczu dość intensywnie rosną grzyby, po śniegu natomiast, a przypomnę, że mamy odwilż -psie kupy... *

Tymczasem w fabryce towarzystwo oszalało na punkcie odżywiania się zgodnego z grupą krwi. Z czystej ciekawości postanowiłam zbadać temat i... czy można sobie zmienić grupę krwi? Moja kompletnie mi nie odpowiada i chętnie się zamienię na jakąś inną.

Dowiedziałam się między innymi, że po zastosowaniu diety dla grupy A szybko schudnę - super! Z drugiej strony nic dziwnego, ponieważ wyklucza ona spożywanie mięsa, nabiału (oprócz mleka i sera sojowego, ale, z calym szacunkiem mleko sojowe jest dla mnie jak świnka morska - ani świnka, ani morska), wszelkich zbóż, pieczywa, znacznej ilości warzyw i owoców... Nie trzeba być geniuszem, żeby zauważyć, że żywiąc się szpinakiem, sojowym mlekiem i musztardą ciężko utyć. Dobrze, że chociaż można zalać się w trupa czerwonym winem, bo przy takim menu co innego pozostaje? Swoją drogą, to bardzo ciekawe, ale mam wrażenie, że jestem jedyną osobą na świecie, która tyje, kiedy tylko zaczyna żywić się sałatą ;) Podejrzewam, że mój organizm pozbawiony regularnych dostaw mięsa, wpada w panikę i kumuluje każdą nawet najmniejszą kaloryjkę, bo na bank idzie wojna albo czas wielkiego głodu, i trzeba się jakoś przygotować do przetrwania. W takim wypadku może oszczędzę organizmowi dodatkowych stresów i lepiej pójdę położyć buty do biegania w bardziej widocznym miejscu?



* tu przychodzi mi do głowy reklama pewnej karmy dla psów, w której występuje pies wielkości niedźwiedzia, który żywiony reklamowaną karmą "jest szczęśliwy i robi zdrową kupkę". Okazuje się, że sama ta wiadomość, podawana głównie w porze posiłków nie jest wystarczająca, ponieważ producent serwuje nam sielski widoczek z małą uroczą dziewczynką sprzątającą po niedźwiedziu tą, jak każdy może dokładnie zobaczyć, zdrową kupkę - litości...

Wednesday, January 12, 2011

Ten z update'm.

Update dla wszystkich zniecierpliwionych i wypatrujacych ciągu dalszego naszej małej sagi - Kot wrociła. Znowu mam w domu puchatego kotka - mamrotka i tak niech juz zostanie.




A wszystko to dzięki KNK, który postanowił dwa dni temu wystąpić w roli Supermana i wybawić kilka duszyczek z opresji, a konkretnie zadbać o to, żeby dane im w końcu było się trochę przespać. Co prawda podejrzewam, że zajął się tematem z pobudek czysto egoistycznych, ale ponieważ nie odważył się przy tym wdziać niebieskiego trykotu, więc niech będzie mu wybaczone. Udał się za to do weterynarza, celem zdobycia czegokolwiek (no, może poza gumowym młotkiem) co chociaż trochę uspokoiłoby Królewnę Jęczybułę. Na dzień dobry musiał zderzyć się z murem w postaci pań na recepcji:

- Zwierzę Pan ma?
- Nie mam, tzn. mam, ale w domu.

Po chwili konsternacji panie na recepcji postanowiły KNK wyprosić, ale jakimś cudem udało mu się wedrzeć do gabinetu lekarza i nie minęło czasu mało - wiele, a pojawił się w domu dumnie dzierżąc w dłoni małe, niebieskie pigułki. (Dodam, że dla ułatwienia KNK nie wiedział, kiedy Kot się urodziła, jakiej jest rasy, a przy podawaniu imienia oznajmił, że nie jest to imię z dowodu osobistego - brawo!)

- Mogłeś powiedzieć, że zwierzę masz, owszem, chomika, ale właśnie wycieńczony śpi w kieszeni płaszcza i nie chcesz go budzić - zauważyłam. (Nie śmiałam wspominać o wężu w kieszeni ;))

- Mogłem też rozchylić poły płaszcza i powiedzieć, że przyszedłem z ptaszkiem - skwitował KNK i wcisnął mi w rękę pigułki, którymi następnie nafaszerowałam Kotka i tyle. Kropka. Posiedzę sobie teraz i podelektuję się ciszą.

Monday, January 10, 2011

Ten w którym Jęczybuła robi to, co najlepiej potrafi, a autorkę trawi niemoc fizyczna i twórcza.

Walczę z niemocą. Przez ostatnie 4 dni przechodzę szybki kurs przystosowania do życia w rodzinie - gdy tylko zapadnie cisza, ekspresowo lokalizuje najbliższe miejsce w miare przystosowane do spania i odpływam. Kot, zwana również, miejmy nadzieję chwilowo, Królewną Jęczybułą, zmieniła się z małego puchatego kociątka, które uroczo mruczy mi do snu w rozbuchaną kocicę wydającą upiorne dzwięki mające na celu, jak mniemam, poinformowanie wszystkich zainteresowanych o tym, że oto jest tu i teraz okazja na małe co-nieco, czym zawstydziłby się nawet koci odpowiednik Hanka Moody'ego. Oczyma wyobraźni widzę już te bandy wyliniałych patałachów ostrzących sobie pazurki na moją koteczkę - jeszcze czego! Z drugiej strony... tak, chwilowo jestem w stanie takiego wyczerpania (nie wiem kogo ta sytuacja bardziej męczy - mnie czy Jęczybułę), że chętnie zamienię Kota na chomika. Na 40 chomików. Na cokolwiek, byleby zapadła Cisza, ale nie taka złowieszcza jak w horrorze, zwiastująca najgorsze, tylko taka niezakłócona, gwarantująca przynajmniej 8-godzinny sen... Ale, żeby nie było zbyt kolorowo, zanim zasnę na to upragnione 8 godzin, muszę najpierw zmienić pościel, bo Kot, z sobie tylko znanych powodów, narzygala mi rano do łóżka. Alleluja! (Swoją drogą podejrzewam, że skoro uczyniła to, co uczyniła po stronie łóżka zajmowanej przez KNK, była to najzwyklejsza próba zemsty za te wszystkie mało wyrafinowane epitety, jakimi KNK ją ostatnio obdarza).
Rozumiem teraz już dlaczego za jedną z bardziej wyrafinowanych form tortur uważa się puszczanie jednostajnego, irytującego dźwięku...

Tymczasem, żeby ograniczyć do minimum czas spędzany w domu (co ciekawe, Jęczybuła jęczy jakby mniej, kiedy nie ma KNK ;)), udaliśmy się z KNK do teatru, na marne 4 godziny ze sztuką współczesną. W ciągu tych skromnych 14.400 sekund mogłam gruntownie utwierdzić się w przekonaniu, że ze sztuką współczesną nie jest mi po drodze (Podejrzenia takie zrodziły się już podczas wizyty na gościnnej wystawie MoMA*). W sztuce wystąpili, między innymi:
- aktorka wijąca się po scenie w koronkowym body-stocking;
- gołe pośladki Macieja Stuhra;
- goła, jak ją pan bóg stworzył, Stanisława Celińska;
- głowa jelenia;
- znaczne ilości folii bąbelkowej;
- jeden banan;
- trzy jajka na twardo.
Po 2,5 godzinie KNK chciał skapitulować i z podkulonym ogonem wrócić do domu i obejrzeć coś na dużo niższym poziomie intelektualnym, ale wizja obcowania z Jęczybułą oraz nadzieja, że przez następne półtorej godziny Coś się jeszcze wydarzy kazała mi być dzielną i wytrwać do końca. Nie wydarzyło się już nic. Co za rozczarowanie.



* pokazywano tam, między innymi, coś, co Stary Borsuk, znany też jako Ojciec Mój Rodziciel, ma w garażu - płytę z małymi haczykami, na których wiszą młotki, kombinerki, śrubokręty i inne takie duperele. Zastanawiam się, czy Stary Borsuk mógłby jeszcze namącić w artystycznym światku? ;)

Wednesday, January 05, 2011

Ten z Dniem Świstaka.

Mam wrazenie, ze gram jedną z głównych ról w "Dniu Świstaka":

- codziennie widuje Ekipe Remontowa dłubiącą coś w najróżniejszych zakamarkach bloku ( o tym, że niedługo bede musiała ich oglądać także w moim małym gniazdku nawet boje sie wspominać);

- codziennie kiedy otwieram drzwi do mieszkania na klatke wybiega Kot i kręci świderki, zawsze taką samą ilość w tych samych miejscach;

- codziennie (bo trzeci dzień z rzędu może już chyba podchodzić pod tą kategorię?) wieczorem dopada mnie migrena. Z czystym sumieniem moge powiedzieć, że niespecjalnie mnie to kręci i nie planuję zostać hrabiną. Dodatkowo obawiam się, że jeśli sprawy dalej będą się toczyły tym torem, skończę jak klasyczny, wielkomiejski, koroporacyjny szczur - zapychając się niezliczonymi ilościami środków przeciwbólowych i obficie polewając całość alkoholami wysokoprocentowymi. KNK twierdzi, że jeśli mam być dzięki temu szczęśliwa (a nie przeczę, humor mi dopisuje), to on nie ma z tym problemu. Cudownie. Jestem na najlepszej drodze do metamorfozy w American Psycho :)

Monday, January 03, 2011

Ten z przypadłością.

Na ten nowy rok postanowiłam być damą i cierpieć na wyjątkowo eleganckie przypadłości, w związku z czym od dwóch dni trawi mnie migrena.

I'm a lady and I do lady things.

KNK mówi, że migrena może trawić hrabinę Potocką, a mnie, co najwyżej, może łeb napierdalać. Cóż, jak zwał, tak zwał, najważniejsze jest to, że migrena (tudzież ta druga przypadłość) świetnie leczy się trzecią i czwartą szklanką whiskey (piątej jeszcze nie sprawdzałam), czego hrabinie Potockiej na pewno nie dane było zbadać, bo musiała okadzać się esencją bobrową i innymi takimi pierdoletami.

(tu należy odnotować wiecznie nierozwiązaną kwestię składu esencji bobrowej - anybody?)

Leżę, cierpię, raczę się i myślę, że powinnam zainwestować w jakieś bardziej odpowiednie dla sytuacji umeblowanie - ciężko cierpieć migreny na sofie ze szwedzkiego marketu z meblami, zdecydowanie powinnam nabyć szezlong, na który będę mogła dramatycznie opadać i wić się w malignie. A u moich stóp będzie dostojnie polegiwała Kot. No, tylko się ją trochę wyczesze, bo poczochrana jakoś mało dostojnie wygląda. A, no i może uda się ją przekonać, ze polegiwanie na wznak mało dostojne jest.

Myślę, że ten świetny plan wymaga opicia kolejną szklaneczką dzisiejszego cudownego eliksiru numer 1., a więc cheers!


PS.
Dodam, że z okazji nowego roku postanowień noworocznych nie mam. Nigdy nie miałam i mieć nie zamierzam. Postanowienia noworoczne są elementem wyjątkowo stresogennym, a że stres minimalizuje jak tylko się da, nie zamierzam narzucać sobie jakiś absurdalnych, wymyślanych na kacu i niemożliwych do zrealizowania wymagań.