Ospa ustępuje. Właściwie to całkowicie się wycofała, pozostawiając po sobie krajobraz jak po bitwie. Nie przeszkadza mi to jednak uprawiać szeroko zakrojonej lanserki na pierwszą chorą Rzeczpospolitej (halooo, ile z was w wieku powyzej trzydziestki moze poszczycic sie ospą?) w związku z czym unikam kontaktu ze światem zewnętrznym. Tak naprawdę to zamierzam przetrwać na zwolnieniu kolejny atak zimy - odmawiam funkcjonowania w temperaturach poniżej zera. Tyle, że akurat kiepsko się składa, bo dziś muszę pojechać z Kotem na wyjęcie niebieskiej nitki z brzucha - w sumie to ani Kotu ani mi ta niebieska nitka nie przeszkadza, a nawet dość wyjściowo do koloru oczu Kotu pasuje, ale kazali wyjąć, to wyjmę... Mam tylko nadzieję, że nic się z Kota przy okazji nie wysypie.
Ponieważ, jak już wspomniałam, mróz interesuje mnie tylko za oknem, zmuszona byłam przygotowac obiad z produktow dostępnych w lodówce. Na szczęście nie skończyło się na musztardzie i stęchłym kawałku sera (co w sumie można byłoby podciągnąć pod Dietę Cud) - znalazlam sznycel krowi, tyle że z krowy, która chyba była już na ostatniej prostej do świętosci, kiedy niespodziewanie ją ubili. Myślę teraz, że gdybym usmażyla dobrze przyprawioną podeszwę ze swojego conversa, smakowałaby dość podobnie. To by w sumie było na tyle, jeśli chodzi o pyszną wołowinkę dostępną w Mieście Stołecznym - mam wrażenie, że wszystkie fajniejsze krowy albo zostały już zjedzone, albo przekwalifikowały się na mleczne. Oprócz wiekowej krowy kuchnia serwowała warzywa, ale warzywa akurat były ok, tyle że nie mogę jesc samych warzyw, gdyz jak już wspominalam od warzyw tyję, a to nie jest pożądany efekt uboczny.Oj tam, pocieszę się winem, na deser :)
No comments:
Post a Comment